W poszukiwaniu zbrodni doskonałej – część IV – morderca

blog morderca 1

Tym razem krótko, tak, jak obiecałam. A przynajmniej krócej niż ostatnio. Zwięźlej. Konkretniej. W końcu.

Chciałabym chwilę poświęcić tym, dla których tak naprawdę czytamy te wszystkie kryminały, bez których żadna kryminalna fabuła nie miałaby racji bytu – czyli oczywiście mordercom. W końcu im się też coś należy, nie?
Nie jest łatwo napisać dobrego mordercę. Wiem, co mówię, od dwóch lat próbuję. Istne szaleństwo, bo piszę nie jeden, a dwa długie teksty ze zbrodnią jako motywem przewodnim. I w jednym i w drugim przypadku mam wrażenie, że zbrodniarz jest tak oczywisty, że równie dobrze mógłby w którejś scenie pomachać ręką i zawołać: „Ej, czytelnicy, to ja!”

Morderca jest elementem, nad którym zastanawiałam się najdłużej przed rozpoczęciem pisania. Wiadomo, gdyby czytelnik odkrył go za wcześnie, nie miałby radochy z lektury, a znów jeśli nie zostawię żadnych tropów i nie dam odbiorcom szansy zgadnąć, poczują się oszukani.
Siadłam zatem na rzyci i dokonałam czytelniczego rachunku sumienia. Z jakimi mordercami stykałam się do tej pory w literaturze? Czy podobały mi się kreacje tych postaci? Co wpływało na moją ocenę?
Odkryłam z przerażeniem, że mam cholernie dużo do zarzucenia książkowym zbrodniarzom. Także w powieściach, które same w sobie mi się podobały. Wniosek, że zabójca to najsłabszy punkt większości kryminałów nieco mnie dobił, nie powiem.
Żeby poukładać sobie w głowie to i owo, wypunktowałam rzeczy, które najbardziej psują mi radość z obcowania z mordercą (jak to brzmi! :D). Celowo nie podaję konkretnych przykładów, żeby uniknąć spoilerów. Można czytać spokojnie.

No to sru!

1. MORDERCA Z DUPY

Jeden z najgorszych, moim zdaniem, typów powieściowego mordercy. Mamy z nim do czynienia w sytuacji, gdy fabuła rozkręca się w najlepsze, pojawiają się wciąż nowe ślady, nowi podejrzani, wszystko nabiera tempa, by doprowadzić do… kogoś, kto się w ogóle wcześniej w książce nie pojawił.
Być może mniej by to przeszkadzało tym, którzy nad skomplikowaną intrygę przedkładają rzetelny opis policyjnej pracy. Ostatecznie przynajmniej część tego typu książek to całkiem przyzwoite pozycje. Pokazują, jak powoli, żmudnie, trop za tropem śledczy zbierają informację, prowadzące do sprawcy. Jeśli tak na to spojrzeć, wszystko nawet trzyma się kupy – rzetelnie przeprowadzone dochodzenie pozwoli na wykrycie nawet takich morderców, którzy nie lezą w oczy stróżom prawa, nie prowadzą z nimi wyrafinowanej gry, tylko siedzą przyczajeni i myślą, że są nieuchwytni.
Tylko że ja akurat na to w ten sposób nie patrzę i tego rozwiązania nie lubię. Wolę, jeśli mordercą okazuje się ktoś, kto się jednak wcześniej w książce pojawił.

2. MORDERCA OBOK FABUŁY

W tym przypadku sprawca owszem, gdzieś tam na kartach powieści przemyka, ale nie ma nic wspólnego z opisywaną historią (albo historiami).
Już wyjaśniam. Chodzi mi o powieści, w których autorzy rozwijają wiele wątków, wszyscy bohaterowie przy okazji śledztwa piorą swoje brudy, okazuje się, że niejeden ma coś na sumieniu, tylko że to coś nijak się nie wiąże ze sprawą zabójstwa. Bohaterowie znaleźli się w kręgu zainteresowania policji, bo znali ofiarę, albo byli w pobliżu miejsca zbrodni. Na przesłuchaniach kłamią, bo chociaż nie mają związku z morderstwem, chcą ukryć inne swoje mroczne sprawki. I tak śledczy kręcą się w kółko, co jakiś czas następuje zwrot akcji, czyjeś kolejne świństwo wychodzi na jaw, ja zachodzę w głowę, jak też autor to wszystko połączy w spójną całość…
A autor wcale nie zamierza.
Na koniec, gdy jakimś cudem udaje się ująć mordercę, jego motyw zostaje przedstawiony w kilku zdaniach. Okazuje się, że jest kompletnie oderwany od tego wszystkiego, czego w trakcie lektury dowiedzieliśmy się o innych postaciach.

blog morderca 2

Właściwie nie ma co mieć do autorów pretensji za to, że tworzą morderców trzymających się na uboczu i nie eksponują ich historii. Ostatecznie im więcej powiedzą, tym więcej potencjalnych wskazówek zostawią, a przecież każdemu zależy, żeby czytelnik nie domyślił się za szybko. Jeśli tropy są uczciwie rozrzucane po książce, a odbiorca trochę pomyśli, to pewnie zgadnie. Ale nie tylko to pomaga wykryć powieściowego sprawcę. Czasem spotykamy…

3. …MORDERCĘ WALĄCEGO PO OCZACH

Nie w dosłownym znaczeniu, oczywiście. Mam na myśli to, że jego „mordercowatość” jest oczywista niemal od pierwszych stron. To jest to, czego ja sama się u moich morderców bardzo obawiam. Autor, siłą rzeczy, wie, kto jest sprawcą i często, prawdopodobnie nieświadomie, umieszcza w książce niepożądane podpowiedzi. Zdwajam czujność zawsze kiedy:

a) bohater jest zbyt miły – kiedyś zrobię eksperyment i policzę, jak wiele postaci, które ostatecznie okazywały się zbrodniarzami, na wstępie zostało opisanych słowem „sympatyczny/a”. Pewnie przedstawienie mordercy jako miłego gościa ma uśpić czujność czytelnika, ale u mnie od razu włącza alarmowy dzwonek. W drugą stronę też to działa. Jeśli ktoś o d początku jest wyjątkowym bucem, to prawdopodobnie zabójcą się nie okaże. Nie wiem, czemu buce nie mogą być zabójcami i czy to nie jest przypadkiem jakiś rodzaj dyskryminacji.

b) bohater zdaje się niewinny jako ta lilija biała – postać wykluczona z kręgu podejrzanych na samym początku, pod koniec z dużym prawdopodobieństwem w chwale do niego powróci. Okaże się, że jej żelazne alibi nie jest wcale takie żelazne, ewentualna niepełnosprawność udawana, lub nie tak ciężka, jak się wydawało. Nagle znajdzie się silny motyw i nawet, jeśli bohater faktycznie nie zabił osobiście, może okazać się wspólnikiem lub nawet mózgiem całej operacji.

c) istnieje podejrzenie, że bohater nie jest tym, za kogo się podaje – bardzo częste zagranie w kryminałach, nawet tych, dziejących się współcześnie w rozwiniętych krajach. Można by pomyśleć, że nie ma na świecie nic prostszego od zmiany tożsamości. Jeśli w retrospekcjach pojawia się jakaś intrygująca jednostka, a w dziejącej się współcześnie akcji jej nie ma, to całkiem niewykluczone, że tak naprawdę jest, tylko pod innym nazwiskiem. Czasem wystarczy dopasować płeć i wiek i już mamy odpowiedź. Nie zawsze oczywiście ktoś taki musi być zaraz mordercą. Ale może.

Dla niektórych autorów sposobem na ukrycie mordercy wydaje się być upchnięcie go w tłumie. Duża liczba postaci to zawsze ryzyko, a w kryminale, jeśli przegnie się pałę, może powstać potworek w postaci…

4. …MORDERCY BEZ POLOTU

Morderca bez polotu jest wtedy, gdy autor powoła do życia mnóstwo słabo zarysowanych i nieszczególnie różniących się między sobą bohaterów, śledczy podejrzewaną zgoła wszystkich, bo każdy miał motyw i sposobność, a na koniec okazuje się, że to, uwaga, uwaga… faktycznie jeden z podejrzanych.
W tego rodzaju książkach z każdej strony wyskakuje na mnie kolejny potencjalny sprawca i kolejny motyw. W pewnym momencie przesyt sprawia, że zupełnie obojętnieję i mam gdzieś, kto zabił. Kandydaci na mordercę zaczynają mi się zlewać, wszyscy są podobni, wszyscy mieli podobne powody, by dokonać zbrodni…
Jeśli o to chodzi, najgorszy jest chyba motyw ekonomiczny. Przynajmniej dla mnie. Kiedy w grę wchodzi duża forsa, firmy, spółki, ważne stanowiska, to kompletnie nie widzę różnicy między jedną chciwą mendą, a drugą chciwą mendą i kolejnymi chciwymi mendami aż do wyczerpania zapasów. A także całkowicie mi lata, która z nich zabiła.
Nie lubię, jak mi lata. Wolę, żeby mi nie latało.

Czy zatem po tych wszystkich rozważaniach znalazłam przepis, jak napisać dobrego mordercę?
Nie.
Nawet jeśli wiem, czego jako czytelnik nie lubię i we własnym pisaniu wolałabym unikać, to jestem boleśnie świadoma, że łatwiej powiedzieć niż zrobić.
Czy znalazłam jakąkolwiek książkę, którą mogłabym w tej kwestii uznać za wzorcową, by móc powiedzieć sobie „O, tak, właśnie, do czegoś podobnego dążę!”
Cóż. Nie.
Nadal tak naprawdę nie znam żadnego dobrego przykładu ukrycia mordercy na widoku, wpasowania go w całą fabułę, tak, żeby nie wydawał się wtłoczony tam na siłę. Przecież on powinien być siłą napędowa i jądrem historii, a nie pretekstem do zaprezentowania wszystkich i wszystkiego dookoła, mimo braku związku z morderstwem.
Pierwszą książką, która przychodzi mi do głowy, gdybym koniecznie musiała wybrać, jest „Zwierciadło pęka w odłamków stos” Agathy Christie. Pewna przewidywalność nie zmienia faktu, że każda okoliczność ma w tej opowieści znaczenie – od niezobowiązujących rozmów na przyjęciu, poprzez dekorację ścian i wyraz twarzy bohaterów, aż po tragiczne wydarzenia z przeszłości. Elementy ładnie grają i na koniec układają się w spójną choć niezbyt skomplikowaną całość.

Inna sprawa, że to, czy morderca ostatecznie wypada naturalnie, nie jest wyłącznie kwestią kreacji samej postaci. Ważna jest też intryga, w centrum której ów zbrodniarz się znajduje.

Ale o tym następnym razem 😉

blog morderca 3

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii (w)kur(w)ier powszechny, wylęgarnia (po)tworów i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s