W poszukiwaniu zbrodni doskonałej – część II – źródło strachu

creepy3

W poprzednim wpisie byłam mało konkretna, bo też i klimat tekstu, a o nim to właśnie była mowa, stanowi zjawisko ulotne, nieuchwytne i postrzegane zawsze bardzo subiektywnie. Głoszenie prawd objawionych w tej kwestii mija się trochę z celem, według mnie. Dziś za to obiecuję poprawę – będą prawdy objawione! Nie wątpię, że jakiś mądry człowiek kiedyś już coś podobnego mówił. Mądrzy ludzie mówili już chyba o wszystkim. Ale akurat szczęśliwie tego nie słyszałam i mogę z czystym sumieniem poniższy podział reklamować jako oryginalny, autorski, ekologiczny, w pełni biodegradowalny.
A cóż to takiego tak biodegradowalnie podzieliłam? Otóż podzieliłam czytane do tej pory kryminały ze względu na…

…ŹRÓDŁO STRACHU

Oczywiście, kryminał to nie horror, wiadomo, ale któż nie lubi poczuć zimnego dreszczu na plecach, czytając o czającym się w ciemności mordercy? Ja lubię. Dlatego zawsze trudno mi się wczuć w książkę, która tego uczucia grozy nawet nie stara się wywołać. Opisywanie żmudnej policyjnej pracy jest ok i daje plus milion do wiarygodności – lubię, doceniam, ale samo w sobie strachu to nie budzi. Oprócz opisu śledztwa potrzeba czegoś jeszcze.
W wyniku rozważań nad tym, czymże tajemnicze „coś jeszcze” miałoby być, podzieliłam sobie źródła strachu w kryminałach na trzy kategorie, z czego trzecia tak naprawdę stanowi mieszankę dwóch pierwszych.

a) Zewnętrzne źródło strachu

To jest, jak łatwo się domyślić, po prostu jakiś morderca, który grasuje sobie gdzieś tam i którego trzeba złapać. Trudno powiedzieć, czy ten rodzaj zagrożenia do mnie przemawia. Zależy od mordercy. W każdym razie na pewno jest bardzo bezpieczny i trzeba się naprawdę mocno postarać, żeby to zepsuć. Jest to możliwe, owszem, nie raz było mi dane się przekonać, ale, generalnie, „zewnętrzny” morderca sprawdza się dobrze, może być straszny, ale jednak… zostawia pewien niedosyt. To jest zawsze ktoś inny, ktoś mniej lub bardziej odległy, często słabo pogłębiony psychologicznie, a jego ofiary to po prostu, no cóż, ofiary, które musiały się pojawić – bardziej jako konstrukty niż jako ludzie – by w ogóle zawiązała się akcja.
Czytałam kilka tego typu książek, które mnie faktycznie wciągały w trakcie czytania, ale po lekturze nie pozostawiały po sobie niczego, prócz chęci sięgnięcia jak najszybciej po kolejną pozycję, bo (moja czytelnicza) natura nie znosi próżni. Złościło mnie to i uparcie szukałam czegoś, co pozwoli mi się choć na chwilę zatrzymać po odłożeniu książki. Nie że zaraz zastanowić nad własnym życiem i sensem wszechświata, bez przesady, ale chociaż przez moment pozostać z myślą, że nie wszystko jest oczywiste, a groza ma różne oblicza.
Udało mi się to dopiero gdy odkryłam…

b) …wewnętrzne źródło strachu

Jak sama nazwa wskazuje, stoi ono w opozycji do zewnętrznego, co oznacza tyle, że prawdziwa groza to nie morderca, który przyjdzie skądś tam i zrobi coś tam, ale raczej szaleństwo/zło, które drzemie w nas samych i w naszych najbliższych. Ten rodzaj zagrożenia najbardziej kojarzy mi się z podgatunkiem domestic noir, z którym miałam swego czasu dość intensywny romans. Nie potrzeba tam wielu postaci o skomplikowanych powiązaniach. Wystarczy kilku bohaterów, z których żaden nie może ufać innym, ani nawet samemu sobie.

creepy.png
To się dobrze sprawdza przy wątkach tragedii rodzinnych i… i w sumie chyba tyle, tak naprawdę. To jest minus takiego zabiegu – jest nieelastyczny. Bohaterowie w swoich czterech ścianach, klaustrofobiczny klimat, sekrety rodzinne… Z początku byłam zachwycona, jednak szybko pojawił się zgrzyt, ponieważ nie sposób tego wszystkiego przenieść do innej scenerii, dodać więcej pobocznych postaci, wątków, bo wówczas wszystko się rozmyje.
Mam rzecz jasna za sobą „Zaginioną dziewczynę” i „Dziewczynę z pociągu”, a także takie pozycje, jak „Zanim zasnę” „Wtargnięcie”, „Bużka”, „Para zza ściany”, „Śpij spokojnie”, „Za zamkniętymi drzwiami”, „Bliźnięta z lodu”czy naszą polską „Idealną”. Wszystkie one całkiem mi się podobały, a jednak po jakimś czasie potrzebowałam dłuższej przerwy, złapania oddechu, bo – mimo wszystko – ileż można czytać o tym, że mąż jest albo nie jest zły, a żona jest albo nie jest wariatką? (Swoją drogą – dlaczego prawie zawsze w tej właśnie konfiguracji? To już żona nie może być zła, a mąż nie może być wariatem? wtargnięcieCzytałam, że to dlatego, że feminizm. I trzeba mówić o przemocy w rodzinie. Ale ja się feministycznie domagam prawa do niezrównoważonych żon psychopatek! :P)
Czasem można liczyć jeszcze na creepy dzieci. Creepy dzieci są spoko.
Zmierzam w każdym razie do tego, że wewnętrzne źródło strachu słabo działa przy bardziej rozbudowanych fabułach. Dlatego ja najbardziej lubię trzecie rozwiązanie.

c) Pół na pół

Mówiąc krótko – zagrożenie przybywa, owszem, z zewnątrz, ale wpływa na „wnętrze” bohaterów, gdzie przez wnętrze rozumiem nie tylko psychikę, ale ogólnie życie, codzienność, prywatność. Mam ogromną słabość do wątków związanych z podglądaniem, śledzeniem, wkradaniem się do czyjegoś życia. Nie musi być to życie głównych bohaterów odpowiedzialnych za rozwiązanie zagadki, może być czyjekolwiek, ale zawsze przechodzi mnie dreszcz na myśl, że ktoś podobnych prześladowań może doznawać. Przeraża mnie zarówno spaczony umysł sprawcy, jak i zrujnowana psychika ofiary, tracącej powoli zdrowe zmysły, mającej problem ze stwierdzeniem, co jest, a co nie jest prawdą.
Z zapartym tchem czytałam „Ulubione rzeczy”, czy „Karuzelę samobójczyń” Sharonulubione-rzeczy_1339.jpg Bolton i gęsiej skórki dostawałam na myśl, że ktoś mógłby mi po cichu wejść do domu i włączyć muzykę w momencie gdy mam pewność, że jestem w mieszkaniu sama. (Może miał z tym coś wspólnego fakt, że czytałam właśnie będąc w mieszkaniu sama, leżąc pod sufitem na antresoli, przy jednej małej lampce, podczas gdy pode mną rozpościerało się 50m2 lodowatej ciemności. Lodowatej, bo był styczeń, a ja nie miałam ogrzewania. Polecam. Jako klimat do czytania kryminałów, bo tak do życia to nie polecam).

Dobrze dobrane i zbalansowane źródło strachu może być tym, co przykuje mnie do książki na długie godziny, za to kiedy zupełnie nie ma się czego bać, potrafię lekturę porzucić bez żalu, nie poznawszy zakończenia. Zwyczajnie nie chce mi się czytać, kiedy nic mnie nie przeraża i nie niepokoi. Pewnie niepokoić mnie powinien sam fakt, że kogoś zamordowano, ale w przypadku książek to tak nie działa. Prawdziwe morderstwo pewnie by mną wstrząsnęło wystarczająco, nie potrzebowałabym udziwnień, ale po to mi właśnie książki, żeby zapomnieć na chwilę, że „w rzeczywistości, smarkulo, wszystko się kończy szybko i mało atrakcyjnie*”. Pewna teatralność w piętrzeniu tajemnic i tworzeniu nastroju grozy wcale mi nie przeszkadza, bywa nawet pożądana. Znacznie bardziej niż hiperrealizm, kiedy to po przesłuchaniu pięćdziesięciu świadków i zbadaniu odcisków palców okazuje się, że wnuczek zabił babkę dla pieniędzy.

No to tyle na dzisiaj. W następnym odcinku będzie krew, flaki, istny cyrk i wulgaryzmy, bo biorę pod lupę bohaterów i nikogo nie będę oszczędzać.
Jak to ja 😉

creepy2.jpg

* Kto wie, z czego to? 😉
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s