Lepiej nie będzie, wewnętrzny ch*ju!

rozczarowanie 2

Mówiłam już gdzieś kiedyś, że jak mam doła, to ograniczam internetowa aktywność. Co znaczy, ze jej niemal w ogóle nie przejawiam, ponieważ doła mam ciągle. W sumie nie wiem dlaczego się wtedy wycofuję z blogowania. Ostatecznie Internet widział już gorsze rzeczy niż mój dół i jeszcze się jakoś nie skończył, więc spokojnie mogłabym komunikować, że jest źle, jeśli mam taką potrzebę, i liczyć na terapeutyczną moc pisania. Parokrotnie nawet chciałam spróbować, ale za każdym razem coś mnie blokowało. Taki wewnętrzny mały chuj, który we mnie siedzi i niestrudzenie przekonuje, że to, co robię, nie ma sensu.

Bydlę jest niezmordowane, przysięgam. Od lat nie zamknął się ani na chwilę i każdą aktywność (albo brak aktywności) potrafi mi obrzydzić. Za co bym się nie zabrała, gnojek znajdzie z miejsca pierdyliard argumentów, dlaczego nie powinnam tego robić. Nawet czynności tak oczywiste, jak jedzenie i spanie zdołał wykorzystać do tego, żebym czuła się ze sobą źle. Przyznam, że świetnie mu to wychodzi – stanowię aktualnie obraz nędzy i rozpaczy oraz odczuwam do siebie permanentną odrazę. Niekończące się mentalne samobatożenie to nie jest coś, z czym da się normalnie żyć, toteż nie żyję normalnie. Jestem wykończona, mam dosyć, i chciałabym się tej oślizgłej kreatury pozbyć ze swojej głowy.

Tylko że nawet nie mam pomysłu, jak się za to zabrać. Plugastwo opanowało już każdy aspekt mojego życia i stwierdzam z przerażeniem, że prawie nie pamiętam czasów, gdy potrafiłam się z czegokolwiek cieszyć bez robienia sobie wyrzutów, że powinnam się zająć czymś innym. Czort tam, że nie wiem, czym by to „coś innego” miało być. Ważne, że na pewno nie tym, co robię w tej chwili. Bo to, co robię w tej chwili jest głupie / bezproduktywne / odmóżdżające / za bardzo na pokaz / egoistyczne / niepoważne / nieprofesjonalne / nieważne i… długo bym tak mogła. Czasem myślę, że choćbym uratowała wszechświat przed zagładą, wewnętrzny chuj i tak by mnie przekonał, że to doprawdy nie było nikomu potrzebne, zmarnowałam czas i tylko się ośmieszam.

Angażuję cały zdrowy rozsądek w tłumaczenie sobie, że mogę robić, co mi się żywnie podoba, ponieważ jestem dorosła, dowolnie dysponuję własnym wolnym czasem i naprawdę nie mam żadnego powodu, by czuć się winna. Ogromny wysiłek wkładam na co dzień w to, by udawać, że wierzę w te tłumaczenia i że wszystko jest w porządku, ale prawda jest taka, że to, co wiem, co sobie tak rozsądnie w myślach klaruję i co brzmi całkiem sensownie, nie ma zupełnie pokrycia w faktycznych odczuciach. Bo w nich już niepodzielnie panuje mały chuj.

nie lubię siebie

SEN

[Ze względu na pracę (zmiany dzienne albo nocne po 12 godzin) nie mam regularnego trybu życia i rytmu dobowego. Śpię, kiedy mogę, wstaję, kiedy budzą. Siłą rzeczy muszę sypiać w dzień, czasem potrzebuję tego snu więcej, czasem mniej i milion razy już sobie obiecywałam, że będę po prostu słuchała własnego organizmu, bo on sam powinien wiedzieć, co dla niego najlepsze.
Aczkolwiek mój wewnętrzny chuj ma na ten temat inne zdanie.]

Kiedy kładę się spać przed nocną zmianą, albo po nocnej zmianie, bo padam na ryj: „Ej, kurwa, jest środek dnia, o tej porze ludzie żyją, są aktywni, a ty chcesz spać? Tyle godzin stracić? Tyle możliwości? Taką ładną pogodę? Wstyd, leniu śmierdzący!

Kiedy nie kładę się spać, bo nie czuję się śpiąca: „Tak, siedź jak ten debil, zamiast odpocząć, a potem łaź jak zombie i jojcz, że jesteś zmęczona! Przecież i tak w tym czasie niczego sensownego nie zrobisz!”

 

JEDZENIE

Kiedy przez kilka dni odżywiam się głównie przegryzanymi na szybko kanapkami, bo nie mam czasu, albo siły, albo ochoty gotować: „Jak ty żyjesz w ogóle, jaskiniowcu jeden?! Przecież to niezdrowo! Ugotowałabyś coś porządnego, normalny obiad w końcu zrobiła! Zagłodzisz się, jak tak dalej pójdzie i umrzesz i w sumie mała strata, nikt nie będzie szczególnie płakał.”

Kiedy gotuję „normalny obiad”: „I po co stoisz przy tych garach pół dnia? Zupą z torebki tak samo byś się najadła i szybciej by było, byś nie traciła czasu na jakieś dziwactwa, które i tak nie wyjdą, jak powinny. Poza tym znowu bajzlu w kuchni narobiłaś, w zlewie znowu stos garów… Czy ty przez dwa dni nie potrafisz utrzymać porządku?!”

Kiedy zamawiamy z Nerdem żarcie z restauracji, bo takiego mamy akurat smaka: „No pięknie! Nie dosyć, że to niezdrowe, to jeszcze tyle kasy na to idzie. W ogóle to jesteś chujowa do kwadratu, bo znowu nie gotujesz i nie ma ciepła domowego ogniska. Weź zgiń w czeluściach Mordoru!”

 

ROZRYWKA

Kiedy mam ochotę obejrzeć albo poczytać coś lekkiego: „Pierdolę, budyń zamiast mózgu, serio. I po to się edukuje ludzi w tym kraju, żeby tacy impotenci umysłowi rośli? Można by pomyśleć, że stać cię na więcej, ale no chyba jednak, kurwa, nie. Jesteś głupia, po prostu, jak noga od stołka i słów nie mam i walisz siurem.”

Kiedy mnie najdzie na coś ambitniejszego: „No i na co ci to? Kogo próbujesz oszukać? Myślisz, że co? Że będziesz mądra? Fajna? Nie będziesz. Będziesz tylko kolejnym tłukiem, który przeczytał książkę, nachapał się niepotrzebnej wiedzy i pokwikuje z zadowolenia, przekonany o własnej zajebistości.”

 

TWÓRCZOŚĆ

Kiedy piszę, rysuję, albo idę na zdjęcia: „Poważnie? Nie wiem, czy jesteś tego świadoma, ale nie masz już dwunastu lat i może by wypadało przestać rżnąć wielką artystkę, co? Ani ci to dobrze nie idzie, ani nic z tego nie masz, a jeszcze się chwalisz w necie, jakby było czym. Że ci nie wstyd takie gówno ludziom pokazywać… Żałosne.”
Mózg na to nieśmiało: „Ale ej, patrz. Inni też piszą, rysują, fotografują i serio uważam, że to jest naprawdę super i łał. Nawet jak nie robią tego profesjonalnie. Samo to, że próbują, że im się chce, że mają pasje… Dlaczego jak ja robię to samo, to nie może być super i łał?”
Wewnętrzny chuj: „A widziałaś, jak to robią ci inni? Robią to dobrze. A ty jak to robisz? Chujowo. Z czym do ludzi, nie kompromituj się, naprawdę.”

Jak nie mam weny albo siły, żeby robić coś własnego i chcę się zająć czymś innym: „I znowu się opierdalasz? Pewnie, tak najłatwiej. Niczego w życiu nie osiągniesz i skończysz w rowie. I dobrze ci tak.”

 

ŻYCIE TOWARZYSKIE

Jak wolę posiedzieć w domu: „Nie no, spoko, tylko się potem nie dziw, że cię nikt nie lubi. Jesteś dzika i aspołeczna i może się faktycznie wyprowadź do tej ziemianki w głębokiej Rosji.”

Jak wolę wyjść do ludzi: „Przecież i tak nie masz o czym z nimi gadać, bo nie masz życia. Znowu się nażłopiesz piwa, żeby ci się jęzor rozwiązał, a jak ci się rozwiąże, to będziesz lamentować i narzekać na własne spierdolenie. Siedź już lepiej w domu i wsi nie rób.”

 

I tak jest ze wszystkim. Te kategorie dzielą się jeszcze na podkategorie i właściwie to niemal każdą poszczególną czynność mogłabym w ten sposób przedstawić – siedzenie w wannie, napisanie komentarza na forum, w gorszych dniach może to być nawet wypicie herbaty! I zwracam uwagę, że mówię tu przez cały czas o sytuacji, w której mam szczerą ochotę i potrzebę robić określoną rzecz. Bo gdyby chodziło o to, że się zmuszam, to byłoby zrozumiałe, że coś we mnie protestuje. Ale nie. Podejmuję dane działania z własnej woli i ma mi ono sprawić przyjemność, a mimo tego czuję się fatalnie – jakbym oszukiwała siebie, innych, cały świat, który przecież ma mnie w dupie, co mi nie przeszkadza się samobiczować.

Pojęcia nie mam, skąd to się bierze. Może ze szkoły, gdzie przez tyle lat słyszałam „musisz się uczyć” i cały czas żyłam ze świadomością, że zawsze wisi nade mną kolejny temat do przerobienia, kolejna klasówka, kolejne kolokwium i nie można marnować czasu na opierdalanie się? Może z domu, gdzie rodzice chcieli, żeby podejmowane przeze mnie aktywności były „przyszłościowe”, „kształcące” i „rozwijające”, cokolwiek to znaczy? Może trochę przez korzystanie z mediów społecznościowych i blogów, co mi trochę zaburza perspektywę i każe wierzyć, że wszyscy dookoła mają fajne życie, a przynajmniej fajniejsze niż moje, i robią ciekawe rzeczy?
Tylko że to wszystko od biedy tłumaczyłoby, dlaczego nie potrafię odpoczywać i źle się czuję, gdy pozwolę sobie na relaks. Tylko że ja pracować też nie umiem. Wkładam dużo wysiłku w pisanie, fotografowanie, czy rysowanie, staram się we własnym zakresie poszerzać swoje zainteresowania i zdobywać nową wiedzę, a mimo tego i tak patrzę na siebie z zażenowaniem, że co ja w ogóle odpierdalam, mogłabym się w końcu ogarnąć i nie udawać, że umiem robić rzeczy, których nie umiem i mam zdolności, których nie mam.

Przecież to idzie oszaleć! Tak się nie da funkcjonować. Naprawdę nie robię niczego, o co mogłabym mieć do siebie pretensje, a wręcz przeciwnie, czasem robię rzeczy, które u innych uważam za fajne. I jestem tego świadoma. Wiem to, tak na zdrowy rozum. Tylko że wewnętrzny chuj nie ma nic wspólnego z rozumem, tym bardziej ze zdrowym.
Chciałabym umieć kazać mu się zamknąć. Przekonać, że jeśli biorę się za coś, na co mam ochotę i co mi sprawi przyjemność, to jest to najlepsza rzecz, jaką mogę w danym momencie zrobić, lepszej nie ma, nie będzie, i papa ciasno, ty trujący tępy worze! Chciałabym, żeby wtedy posłuchał, odpuścił i pozwolił mi swobodnie dokonywać wyborów i cieszyć się wolnym czasem, którego nie mam dużo, a już na pewno zbyt mało, by go marnować na zadręczanie się.
Nawet teraz, gdy piszę ten post, wewnętrzny chuj robi swoje. Im bliższa jestem skończenia i kliknięcia „opublikuj”, tym głośniej się awanturuje, że nie powinnam tego robić, że to głupie, dziecinne tak się żalić w Internecie, że to i tak nikogo nie obchodzi i tylko wyjdę na idiotkę.

Na argument, że to mój blog i mogę publikować, co chcę, pozostaje głuchy.

rozczarowanie

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii (nie)ogarniam! i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Lepiej nie będzie, wewnętrzny ch*ju!

  1. Zaimcio pisze:

    Być może Twoje wątpliwości związane z pisaniem są rowniez spowodowane nadmierną czolobitnoscia wobec pewnych konwencji literackich. Być może wyzyskiwane przez Ciebie konwencje przestały Cię wyrażać (patrz: Gombro z mojego poprzedniego komen.). Być może zaczynasz sobie niewyraźnie uświadamiać, że tworzenie literatury pozostającej bez związku z tym, co masz w sobie najrdzenniejszego, jest w gruncie rzeczy nieracjonalne.

    Bardzo dobrym lekiem na poczucie bezsensu jest filozofia. Polecam np. taką książeczkę „Człowiek jako słowo i ciało. W poszukiwaniu nowej koncepcji podmiotu”.

    To nie jest wiedza niepotrzebna, którą można się „nachapac” i zgrywac potem madrale. Ta wiedza ma wplyw na Twoje wybory , stanowi coś na kształt życiowego wyekwipowania.

    Polubienie

  2. Zaimcio pisze:

    Jeśli wewnętrzny chuj ma jakieś zastrzeżenia do mądrych i kształcących książek, to mu powiedz, że posługiwanie się językiem jest najwyższą formą ludzkiej aktywności (Kępiński). Im trudniejsza lektura, tym większa stymulacja (więcej przyjemności). Badania naukowe dowiodły, że dzieci przejawiają naturalną skłonność do skupiania uwagi na tym, co bardziej złożone, skomplikowane, wyrafinowane, ponieważ jest to bardziej stymulujące dla ośrodkowego układu nerwowego i wytwarza więcej komórek. To dopiero dorośli, zepsuci współczesną kulturą, wolą rzeczy niewymagające wysiłku intelektualnego, bo są wewnętrznie sparaliżowani i bardzo dalecy od zdrowych postaw i dążeń.

    Część postu składająca się ze „snu”, „rozrywki”, „jedzenia” itd. przyprawiła mnie o serię niepohamowanych wybuchów śmiechu 🙂 Oplułem sobie smartfona.

    Polubienie

  3. Zaimcio pisze:

    123 próba

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s