W poszukiwaniu zbrodni doskonałej – część IV

blog morderca 1

Tym razem krótko, tak, jak obiecałam. A przynajmniej krócej niż ostatnio. Zwięźlej. Konkretniej. W końcu.

Chciałabym chwilę poświęcić tym, dla których tak naprawdę czytamy te wszystkie kryminały, bez których żadna kryminalna fabuła nie miałaby racji bytu – czyli oczywiście mordercom. W końcu im się też coś należy, nie?
Nie jest łatwo napisać dobrego mordercę. Wiem, co mówię, od dwóch lat próbuję. Istne szaleństwo, bo piszę nie jeden, a dwa długie teksty ze zbrodnią jako motywem przewodnim. I w jednym i w drugim przypadku mam wrażenie, że zbrodniarz jest tak oczywisty, że równie dobrze mógłby w którejś scenie pomachać ręką i zawołać: „Ej, czytelnicy, to ja!”

Morderca jest elementem, nad którym zastanawiałam się najdłużej przed rozpoczęciem pisania. Wiadomo, gdyby czytelnik odkrył go za wcześnie, nie miałby radochy z lektury, a znów jeśli nie zostawię żadnych tropów i nie dam odbiorcom szansy zgadnąć, poczują się oszukani.
Siadłam zatem na rzyci i dokonałam czytelniczego rachunku sumienia. Z jakimi mordercami stykałam się do tej pory w literaturze? Czy podobały mi się kreacje tych postaci? Co wpływało na moją ocenę?
Odkryłam z przerażeniem, że mam cholernie dużo do zarzucenia książkowym zbrodniarzom. Także w powieściach, które same w sobie mi się podobały. Wniosek, że zabójca to najsłabszy punkt większości kryminałów nieco mnie dobił, nie powiem.
Żeby poukładać sobie w głowie to i owo, wypunktowałam rzeczy, które najbardziej psują mi radość z obcowania z mordercą (jak to brzmi! :D). Celowo nie podaję konkretnych przykładów, żeby uniknąć spoilerów. Można czytać spokojnie.

No to sru!

1. MORDERCA Z DUPY

Jeden z najgorszych, moim zdaniem, typów powieściowego mordercy. Mamy z nim do czynienia w sytuacji, gdy fabuła rozkręca się w najlepsze, pojawiają się wciąż nowe ślady, nowi podejrzani, wszystko nabiera tempa, by doprowadzić do… kogoś, kto się w ogóle wcześniej w książce nie pojawił.
Być może mniej by to przeszkadzało tym, którzy nad skomplikowaną intrygę przedkładają rzetelny opis policyjnej pracy. Ostatecznie przynajmniej część tego typu książek to całkiem przyzwoite pozycje. Pokazują, jak powoli, żmudnie, trop za tropem śledczy zbierają informację, prowadzące do sprawcy. Jeśli tak na to spojrzeć, wszystko nawet trzyma się kupy – rzetelnie przeprowadzone dochodzenie pozwoli na wykrycie nawet takich morderców, którzy nie lezą w oczy stróżom prawa, nie prowadzą z nimi wyrafinowanej gry, tylko siedzą przyczajeni i myślą, że są nieuchwytni.
Tylko że ja akurat na to w ten sposób nie patrzę i tego rozwiązania nie lubię. Wolę, jeśli mordercą okazuje się ktoś, kto się jednak wcześniej w książce pojawił.

2. MORDERCA OBOK FABUŁY

W tym przypadku sprawca owszem, gdzieś tam na kartach powieści przemyka, ale nie ma nic wspólnego z opisywaną historią (albo historiami).
Już wyjaśniam. Chodzi mi o powieści, w których autorzy rozwijają wiele wątków, wszyscy bohaterowie przy okazji śledztwa piorą swoje brudy, okazuje się, że niejeden ma coś na sumieniu, tylko że to coś nijak się nie wiąże ze sprawą zabójstwa. Bohaterowie znaleźli się w kręgu zainteresowania policji, bo znali ofiarę, albo byli w pobliżu miejsca zbrodni. Na przesłuchaniach kłamią, bo chociaż nie mają związku z morderstwem, chcą ukryć inne swoje mroczne sprawki. I tak śledczy kręcą się w kółko, co jakiś czas następuje zwrot akcji, czyjeś kolejne świństwo wychodzi na jaw, ja zachodzę w głowę, jak też autor to wszystko połączy w spójną całość…
A autor wcale nie zamierza.
Na koniec, gdy jakimś cudem udaje się ująć mordercę, jego motyw zostaje przedstawiony w kilku zdaniach. Okazuje się, że jest kompletnie oderwany od tego wszystkiego, czego w trakcie lektury dowiedzieliśmy się o innych postaciach.

blog morderca 2

Właściwie nie ma co mieć do autorów pretensji za to, że tworzą morderców trzymających się na uboczu i nie eksponują ich historii. Ostatecznie im więcej powiedzą, tym więcej potencjalnych wskazówek zostawią, a przecież każdemu zależy, żeby czytelnik nie domyślił się za szybko. Jeśli tropy są uczciwie rozrzucane po książce, a odbiorca trochę pomyśli, to pewnie zgadnie. Ale nie tylko to pomaga wykryć powieściowego sprawcę. Czasem spotykamy…

3. …MORDERCĘ WALĄCEGO PO OCZACH

Nie w dosłownym znaczeniu, oczywiście. Mam na myśli to, że jego „mordercowatość” jest oczywista niemal od pierwszych stron. To jest to, czego ja sama się u moich morderców bardzo obawiam. Autor, siłą rzeczy, wie, kto jest sprawcą i często, prawdopodobnie nieświadomie, umieszcza w książce niepożądane podpowiedzi. Zdwajam czujność zawsze kiedy:

a) bohater jest zbyt miły – kiedyś zrobię eksperyment i policzę, jak wiele postaci, które ostatecznie okazywały się zbrodniarzami, na wstępie zostało opisanych słowem „sympatyczny/a”. Pewnie przedstawienie mordercy jako miłego gościa ma uśpić czujność czytelnika, ale u mnie od razu włącza alarmowy dzwonek. W drugą stronę też to działa. Jeśli ktoś o d początku jest wyjątkowym bucem, to prawdopodobnie zabójcą się nie okaże. Nie wiem, czemu buce nie mogą być zabójcami i czy to nie jest przypadkiem jakiś rodzaj dyskryminacji.

b) bohater zdaje się niewinny jako ta lilija biała – postać wykluczona z kręgu podejrzanych na samym początku, pod koniec z dużym prawdopodobieństwem w chwale do niego powróci. Okaże się, że jej żelazne alibi nie jest wcale takie żelazne, ewentualna niepełnosprawność udawana, lub nie tak ciężka, jak się wydawało. Nagle znajdzie się silny motyw i nawet, jeśli bohater faktycznie nie zabił osobiście, może okazać się wspólnikiem lub nawet mózgiem całej operacji.

c) istnieje podejrzenie, że bohater nie jest tym, za kogo się podaje – bardzo częste zagranie w kryminałach, nawet tych, dziejących się współcześnie w rozwiniętych krajach. Można by pomyśleć, że nie ma na świecie nic prostszego od zmiany tożsamości. Jeśli w retrospekcjach pojawia się jakaś intrygująca jednostka, a w dziejącej się współcześnie akcji jej nie ma, to całkiem niewykluczone, że tak naprawdę jest, tylko pod innym nazwiskiem. Czasem wystarczy dopasować płeć i wiek i już mamy odpowiedź. Nie zawsze oczywiście ktoś taki musi być zaraz mordercą. Ale może.

Dla niektórych autorów sposobem na ukrycie mordercy wydaje się być upchnięcie go w tłumie. Duża liczba postaci to zawsze ryzyko, a w kryminale, jeśli przegnie się pałę, może powstać potworek w postaci…

4. …MORDERCY BEZ POLOTU

Morderca bez polotu jest wtedy, gdy autor powoła do życia mnóstwo słabo zarysowanych i nieszczególnie różniących się między sobą bohaterów, śledczy podejrzewaną zgoła wszystkich, bo każdy miał motyw i sposobność, a na koniec okazuje się, że to, uwaga, uwaga… faktycznie jeden z podejrzanych.
W tego rodzaju książkach z każdej strony wyskakuje na mnie kolejny potencjalny sprawca i kolejny motyw. W pewnym momencie przesyt sprawia, że zupełnie obojętnieję i mam gdzieś, kto zabił. Kandydaci na mordercę zaczynają mi się zlewać, wszyscy są podobni, wszyscy mieli podobne powody, by dokonać zbrodni…
Jeśli o to chodzi, najgorszy jest chyba motyw ekonomiczny. Przynajmniej dla mnie. Kiedy w grę wchodzi duża forsa, firmy, spółki, ważne stanowiska, to kompletnie nie widzę różnicy między jedną chciwą mendą, a drugą chciwą mendą i kolejnymi chciwymi mendami aż do wyczerpania zapasów. A także całkowicie mi lata, która z nich zabiła.
Nie lubię, jak mi lata. Wolę, żeby mi nie latało.

Czy zatem po tych wszystkich rozważaniach znalazłam przepis, jak napisać dobrego mordercę?
Nie.
Nawet jeśli wiem, czego jako czytelnik nie lubię i we własnym pisaniu wolałabym unikać, to jestem boleśnie świadoma, że łatwiej powiedzieć niż zrobić.
Czy znalazłam jakąkolwiek książkę, którą mogłabym w tej kwestii uznać za wzorcową, by móc powiedzieć sobie „O, tak, właśnie, do czegoś podobnego dążę!”
Cóż. Nie.
Nadal tak naprawdę nie znam żadnego dobrego przykładu ukrycia mordercy na widoku, wpasowania go w całą fabułę, tak, żeby nie wydawał się wtłoczony tam na siłę. Przecież on powinien być siłą napędowa i jądrem historii, a nie pretekstem do zaprezentowania wszystkich i wszystkiego dookoła, mimo braku związku z morderstwem.
Pierwszą książką, która przychodzi mi do głowy, gdybym koniecznie musiała wybrać, jest „Zwierciadło pęka w odłamków stos” Agathy Christie. Pewna przewidywalność nie zmienia faktu, że każda okoliczność ma w tej opowieści znaczenie – od niezobowiązujących rozmów na przyjęciu, poprzez dekorację ścian i wyraz twarzy bohaterów, aż po tragiczne wydarzenia z przeszłości. Elementy ładnie grają i na koniec układają się w spójną choć niezbyt skomplikowaną całość.

Inna sprawa, że to, czy morderca ostatecznie wypada naturalnie, nie jest wyłącznie kwestią kreacji samej postaci. Ważna jest też intryga, w centrum której ów zbrodniarz się znajduje.

Ale o tym następnym razem 😉

blog morderca 3

Reklamy
Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny, wylęgarnia (po)tworów | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

W poszukiwaniu zbrodni doskonałej – część III

blog góra

Oto przybywam! Znacznie później niż założyłam, ale też i trochę się działo, a sam tekst wymagał ode mnie maksymalnego skupienia, żeby poukładać myśli. Ale już jestem, gotowa opowiedzieć trochę (takie większe trochę) o moim odczuciu względem głównych bohaterów powoływanych do życia przez autorów kryminałów.

Na ten temat to ja nawet nie powinnam zaczynać, bo istnieje uzasadniona obawa, że nigdy nie skończę, jak już radośnie rozpiszę się o tym, dlaczego postacie w kryminałach często są tak cholernie beznadziejne.
Jeśli mam być sprawiedliwa (nie wiem w sumie, czemu bym miała, ale niech będzie) to nie tylko w kryminałach. Ogólnie fajnego bohatera ze świecą szukać. Czemu? Cholera wie.
Według mojej teorii, prawie całe zło literackiego świata stąd się bierze, że autorzy lubią swoje postacie za bardzo i tę sympatię wszelkimi sposobami starają się wtłoczyć czytelnikowi do gardła. To jest plaga jakaś, zaraza, istny trąd literatury popularnej! Co za pomysł spaczony upierać się, że czytelnik musi koniecznie daną postać polubić?
Moim problemem jest to, że po latach czytania, pisania i rozmów z innymi piszącymi, całkiem dobrze znam mechanizmy konstruowania opowieści, przez co łatwiej mi spojrzeć za zasłonę fabuły, by dostrzec intencje autora. Odradzam, nie polecam, nie róbcie sobie tego, bo skończycie jak ja – będziecie w charakterze naczelnej marudy hejtować wszystko dookoła ku uciesze gawiedzi. Najlepiej w ogóle nie czytajcie dalej tego tekstu, bo będę mówiła właśnie o tym, jak krok po kroku wyrządzić sobie nieodwracalną krzywdę.
Zmierzam do tego, że bardzo łatwo się zorientować, kiedy autor jest do swojej postaci nadmiernie przywiązany i konstruuje ją z zamiarem wywołania u czytelnika konkretnych (pozytywnych, rzecz jasna) odczuć. Strasznie nie lubię, kiedy się mnie do czegokolwiek zmusza i po odkryciu tego rodzaju zabiegów, natychmiast dostaję piany na pysku.

     1. Zdolna/y jestem niesłychanie…

Najbardziej oczywisty chwyt. Tak oczywisty, że nie wiem, jakim cudem ludzie w ogóle jeszcze się na to łapią. Jeśli bohater ma zdobyć sympatię czytelnika, powinien posiadać pozytywne cechy. Dużo pozytywnych cech. Miliard! Pierdyliard! Całe niezmierzone kosmosy pozytywnych cech!
Od razu włączają mi się wojenne flashbacki z serii o Maggie O’Dell. No dobra, za dużo powiedziane z tą serią. Przeczytałam całe dwie książki. Jeszcze jedna i prawdopodobnie umarłabym z zażenowania. Byłaby to wybitnie głupia śmierć, więc odpuściłam.
Bohaterkę Alex Kavy poznajemy między innymi poprzez inne postacie. Autorka w „Dotyku zła” wielokrotnie wskakuje do głowy szeryfa Morelli, a w głowie tej aż roi się od zachwytów, ochów i achów względem panny O’Dell. I tak dowiadujemy się, że Maggie jest wybitnie inteligentna, silna, odważna, w dodatku przepiękna i pociągająca. Gdybyśmy jeszcze dowiedzieli się tego raz i wystarczy… ale nie! Trzeba to wszystko powtórzyć średnio co trzy strony, żebyśmy przypadkiem nie zapomnieli.

blog3

Nie wiem, czy autorka rekompensowała sobie w ten sposób jakieś niepowodzenia w życiu osobistym, czy po prostu jej grupą docelową były nieszczęśliwe kobiety o zaniżonym poczuciu własnej wartości, marzące o tym, by kiedyś móc przejrzeć się w czyichś oczach tak, jak agentka O’Dell przeglądała się w oczach szeryfa, w każdym razie wyszedł z tego żenujący potworek, a ja przeżyłam jedno z najboleśniejszych jak do tej pory doświadczeń związanych z wtłaczaniem mi cudowność bohatera przemocą w gardło. Nie odłożyłam tej książki w połowie, bo tak naprawdę do ostatniej chwili łudziłam się, że jednak dostanę na końcu jakąś niespodziankę, że nie wszystkie przypuszczenia i przeczucia bohaterki okażą się słuszne, a ona sama popełni błąd, bo przecież niemożliwe, żeby pani Kava naprawdę polukrowała tę postać do aż takiego porzygu.
A jednak, prawda, możliwe…
Na szczęście (albo i wcale nie) większość autorów jest jednak świadoma tego, że pełnowymiarowa postać posiadać powinna…

     2. …zady i walety.

Pisałam już o tym kiedyś, ale w razie, gdyby ktoś nie czytał, albo nie miał wątpliwej przyjemności wysłuchać osobiście jednego z moich przydługich monologów powtórzę – nie, to tak nie działa.

Czytając książki zdecydowanie za często odnoszę wrażenie, że autor, konstruując bohatera, wziął po prostu czystą kartkę, po jednej stronie wypisał zalety, po drugiej wady, upewnił się, że zalet jest więcej, a wady nie są zbyt odstręczające, i dalej poleciał z koksem. Ostatecznie swoje zrobił, co nie? Może spać spokojnie – oto odlukrował postać, dodając łyżeczkę dziegciu, bo wiadomo, że nikt nie lubi marysujów.
No i takim sposobem mamy całe zastępy niepokornych detektywów alkoholików z popapranym życiem osobistym – och, jakże pomysłowo!
Najczęściej jako wady przedstawia się nam cechy, które wadami w żadnym razie nie są.

  • To, że bohater jest uparty i nie słucha przełożonego, może być wadą, owszem, ale tylko w oczach wzmiankowanego przełożonego. Czytelnik natomiast dostaje dzielnego buntownika, jedynego sprawiedliwego, który pośród korupcji, zepsucia, lenistwa, oportunizmu i tchórzostwa walczy o prawdę. Bo przecież na koniec i tak zawsze okazuje się, że miał rację.
  • Samotność/trudna sytuacja rodzinna – od kiedy to wada? Może gdyby pozornie nieskazitelny stróż prawa lał żonę, głodził niedołężną teściową i wysyłał dzieci żebrać na dworcu, moglibyśmy uznać, że faktycznie, coś z nim nie tak, ale na to żaden ze znanych mi autorów się nie zdobył. Poprzestają na rozwodnikach, którzy za dużo pracowali, więc żona ich rzuciła. Czytelnik wie oczywiście, że pracowali z poświęceniem dla dobra społeczeństwa, więc w takiej sytuacji to raczej żona jawi się jako ta zła, wyprana ze zrozumienia i niezdolna udzielić wsparcia.
  • Niektórzy stawiają na antypatycznych buców, licząc, że kilka chamskich tekstów załatwi sprawę obowiązkowej wady. Doktor House przetarł szlak, który błyskawicznie zaroił się od naśladowców. Ja tam najchętniej po tym szlaku przejechałabym walcem. Albo czołgiem. Po pierwsze – stworzyć naprawdę interesującego chama trzeba umieć. Potrzebne jest duże wyczucie językowe, a wyżej własnej dupy autor nie podskoczy. Jeśli sam nie jest zgoła wirtuozem ironii, sarkazmu, żonglowania językiem, to niech go Cyloński Bożu broni tworzyć bohatera, który takie zdolności miałby posiadać i operować nimi na przestrzeni całej powieści, czy nawet całej serii.
    Przeżyłam Sebastiana Bergmana (no dobra, tylko jeden tom, przy drugim wymiękłam), przeżyłam naszego rodzimego Mario Ybla Marty Guzowskiej i… i nic. No chamy. I co z tego? Jak zapragnę poobcować z chamami, to długo nie będę szukała, wszędzie ich pełno. A ci bohaterowie to ani zabawni, ani intrygujący – raczej żałośni. Dorośli mężczyźni zachowujący się, jak zbuntowani i obrażeni na cały świat nastolatkowie.
    Gdybyż jeszcze autorzy tak to zostawili, zrozumiałabym. Może nawet bym się ucieszyła. Nikt nie powiedział, że główny bohater nie może być żałosny. Może, czemu nie – wreszcie coś innego. Ale gdzie tam! Przecież jasne, że to tylko poza, taki pancerz, pod którym kryje się w istocie prawdziwe składowisko cnót wszelakich. Bo owszem, bohater może być chamem. Ale nie może nim być za bardzo.
  • A co z nieodłącznymi nałogami? Pomijając fakt, że to pójście po linii najmniejszego oporu, zdumiewa mnie (chociaż już w sumie coraz mniej) zachowawcze podejście do tematu. Bohater/ka jest na dnie wtedy, kiedy może, a kiedy przychodzi czas żeby działać, nagle ogarnia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Autor przekonuje mnie, jak bardzo jest z daną postacią źle, jak strasznie się stoczyła, a potem pojawia się sprawa, którą bohater rozwiązuje bez wysiłku, niczego nie zawala za sprawą nałogu, często wręcz wychodzi z uzależnienia. Nie wierzę w taką „wadę” ani przez chwilę. To nie jest wada i faktyczne utrudnienie dla bohatera, a na siłę wepchnięty „zgrzyt”, żeby nie było za pięknie – tak każą poradniki.

Ale tak naprawdę…

     3. …nic złego nie może się stać.

Jedna z moich największych bolączek – autorzy lubiący bohaterów zbyt bardzo, by zrobić im krzywdę (albo po prostu bojący się reakcji czytelników).

Mówiąc o krzywdzie, nie mam na myśli krzywdy fizycznej, tej raczej mogę się spodziewać – specyfika gatunku. Bohaterowie są porywani, torturowani, okaleczani, prześladuje się ich, uprowadza członków rodzin… zieeeew… Mam raczej na myśli, że oni ze wszystkich tych przygód wychodzą bez szwanku na zdrowiu psychicznym. Bez takiego prawdziwego. Oczywiście mają traumę, ale to tylko słowo, tak, jak wyżej wspomniany nałóg. Wszystkie lęki, wątpliwości, coś, co faktycznie mogłoby urosnąć do rangi problemu i wprowadzić komplikacje, to jedynie ozdobniki, o których czasem wypada wspomnieć, ale które nie mają faktycznego wpływu na to, co się w książce dzieje. Wiadomo z góry, że ciężkie przejścia tylko bohaterów umocnią, słabości zostaną przezwyciężone, gdy nadejdzie odpowiedni moment, a ewentualne złe wspomnienia wrócą jako ciekawostka przyrodnicza w którejś z kolejnych części.
Jak ja mam się w takich warunkach bać o bohatera? Jak mam się nim przejmować, kiedy widzę wyraźnie, że autor ani myśli choćby podprowadzić go do krawędzi, nie mówiąc już o popchnięciu za nią?

W tym momencie, wyjątkowo, zamiast się pastwić podam przykład pozytywny (albo negatywny właśnie, zależy, z której strony spojrzeć ;)) Mam na myśli sagę o Lipowie Katarzyny Puzyńskiej. Jeśli chodzi o fabuły poszczególnych części, raz bywa lepiej, raz gorzej („Norą” na przykład bardzo intensywnie ciskałam o ścianę). Autorka zdobyła jednakowoż moje serce swoją wiarą w czytelnika.
Przez dziewięć części ani razu nie odniosłam wrażenia, że na siłę próbuje mnie do bohaterów przekonać, że specjalnie oszczędza mi ciężkich scen i trudnych tematów, żebym tylko czasem się nie zraziła do jej ukochanych postaci. Sama Puzyńska przyznaje, że szczerze ich wszystkich lubi, tym większy szacun, że potrafi im wiarygodnie dosrać, opisać bez lukru, pchnąć ich do działań, których nawet przy dobrych chęciach nie sposób ocenić pozytywnie.
I co? I jakoś czytelnicy od niej nie uciekli. Z recenzji wynika, że owszem, złoszczą się, potrafią stracić sympatię dla którejś z postaci, ale to ich bynajmniej nie zniechęca do czytania i cieszenia się lekturą. Dla mnie to wystarczający dowód, że nad bohaterem, a co za tym idzie, nad czytelnikiem, wcale nie trzeba się trząść jak nad śmierdzącym jajkiem.

blog1

Czyli że co tak właściwie? Bohater bez wad jest zły, bohater z wadami… w sumie też jest zły – to czego ja właściwie chcę?
Pokoju na świecie.
A poza tym jedyna tak naprawdę konstrukcja bohatera, która do mnie przemawia, to taka, gdzie postać ma wyraźnie zarysowane cechy i w zgodzie z nimi reaguje na różne sytuacje. Tylko wtedy jest szansa, że ktoś taki wyda mi się wiarygodny i zdołam wsiąknąć, zapomnieć na chwilę, że mam do czynienia z konstruktem, wytworem czyjegoś umysłu.
Najważniejsze dla mnie jest to, żeby tych cech w jednoznaczny sposób nie wartościować. Coś, co jest pożądane w jednych warunkach, w innych może doprowadzić do tragedii. Nawet najbardziej pozytywna cecha może ulec wypaczeniu.
Czy bohater, charakteryzujący się odwagą, może zdobyć się na heroiczny czyn i uratować sytuację
Może.
A czy może popaść w bezmyślną brawurę i wszystko spieprzyć?
Również może.
Czy może na różne niebezpieczne sposoby rozpaczliwie próbować tę odwagę udowodnić sobie i innym?
Owszem.
Czy może się załamać, jeśli w pewnym momencie tej odwagi jednak mu zabraknie?
Ależ tak.
I to cały czas ten sam bohater z tą samą odwagą, która nie jest ani wadą, ani zaletą. Po prostu jest.

Tylko tak skonstruowane charaktery do mnie trafiają. Angażuję się w ich losy tylko gdy autor nie ma oporów przed wyciśnięciem z ich cech zarówno tego, co w nich może być dobre, jak i tego, co niekoniecznie. Lubię też być zaskakiwana. Ten moment, gdy myślę, że już poznałam i „oswoiłam” postać, a tu pojawia się nowa perspektywa, jakiś drobiazg, który pozwoli mi spojrzeć inaczej… Dlatego większość książek, nawet tych denerwujących, czytam do końca, bo zawsze mam nadzieję, że autor zrobi mi tę małą przyjemność.
Nadzieja w większości przypadków okazuje się płonna.

Szczerze mówiąc nie jestem w stanie wskazać żadnego bohatera ani bohaterki powieści kryminalnej, która powyższe wymagania by spełniła. Serio, nic. Pustka w głowie. Pojęcia nie mam, z czego to wynika. W fantastyce kogoś bym znalazła, w obyczaju dałabym radę, w kryminale/thrillerze – nic z tego. Najbliżej był Joona Linna z serii Larsa Keplera. Na wspomnienie niektórych dialogów z „Hipnotyzera” do dzisiaj ryj mi się cieszy. Niestety, autorzy* zdecydowali się złamać mi serce i zepsuć postać, dodając jej…

     4. …Tajemniczą i Mroczną Przeszłość [tm]

Tak, wiem, to pewnie mój problem, nie autorów, ale powiem o tym, bo już się rozpędziłam.
Jak płachta na byka działa na mnie ten zabieg, nic na to nie poradzę. Kiedy autor wyposaża swojego detektywa w mroczną przeszłość i napomyka o niej enigmatycznie co parę rozdziałów, znaczy to w moim rozumieniu tyle, że zwyczajnie nie miał na postać pomysłu, nie potrafił jej wykreować tak, by stawała się na oczach czytelnika, wciągała i intrygowała swoim tu i teraz.
To jest zwyczajnie tani chwyt i żebym to łyknęła, trzeba by się chyba bardzo postarać. Skoro nawet Joona Linna mi obrzydł po czymś takim, to już większych nadziei nie widzę.
Podobny ból dupy mam z wszelkiego rodzaju porywaniem dzieci i partnerów życiowych pod koniec książki, żeby napięcie wzrosło.
Moje tam nie wzrasta. Pewnie dlatego, że nie lubię bohaterów. A nie lubię ich z powodów jak wyżej.
O, jakie ładne kółeczko mi się na koniec zrobiło! Teraz można zacząć czytać od początku 😀

blog2

Rozpisałam się. Wiedziałam, że tak będzie, ale musiałam to z siebie wyrzucić. Niczego nie żałuję 😉
Po to mi właśnie ta seria tekstów – żeby dokładnie opisać siebie jako (trudnego i niewdzięcznego) czytelnika. Potem będę już mogła pisać o książkach z poczuciem, że we wstępie powiedziałam wszystko, że wiecie, jak czytam, na co zwracam uwagę i nie muszę się co dwie linijki tłumaczyć.
Ten wpis raczej mi nie pomoże Was przekonać, że narzekanie nie sprawia mi przyjemności, ale faktem jest, że nie sprawia. Dlatego wszelkie sugestie co do pozycji, które mają szansę mnie nie wkurzyć, przyjmę nad wyraz chętnie.

Dziękuję za uwagę, niebawem powrócę z nowym tekstem. Tym razem już krótszym, obiecuję! 🙂

blog dół
*Lars Kepler to pseudonim, Joonę Linnę pisze (i uparcie psuje) dwoje autorów.
Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny, gra(na)ty w mojej głowie, wylęgarnia (po)tworów | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

W poszukiwaniu zbrodni doskonałej – część II

creepy3

W poprzednim wpisie byłam mało konkretna, bo też i klimat tekstu, a o nim to właśnie była mowa, stanowi zjawisko ulotne, nieuchwytne i postrzegane zawsze bardzo subiektywnie. Głoszenie prawd objawionych w tej kwestii mija się trochę z celem, według mnie. Dziś za to obiecuję poprawę – będą prawdy objawione! Nie wątpię, że jakiś mądry człowiek kiedyś już coś podobnego mówił. Mądrzy ludzie mówili już chyba o wszystkim. Ale akurat szczęśliwie tego nie słyszałam i mogę z czystym sumieniem poniższy podział reklamować jako oryginalny, autorski, ekologiczny, w pełni biodegradowalny.
A cóż to takiego tak biodegradowalnie podzieliłam? Otóż podzieliłam czytane do tej pory kryminały ze względu na…

#2  ŹRÓDŁO STRACHU

Oczywiście, kryminał to nie horror, wiadomo, ale któż nie lubi poczuć zimnego dreszczu na plecach, czytając o czającym się w ciemności mordercy? Ja lubię. Dlatego zawsze trudno mi się wczuć w książkę, która tego uczucia grozy nawet nie stara się wywołać. Opisywanie żmudnej policyjnej pracy jest ok i daje plus milion do wiarygodności – lubię, doceniam, ale samo w sobie strachu to nie budzi. Oprócz opisu śledztwa potrzeba czegoś jeszcze.
W wyniku rozważań nad tym, czymże tajemnicze „coś jeszcze” miałoby być, podzieliłam sobie źródła strachu w kryminałach na trzy kategorie, z czego trzecia tak naprawdę stanowi mieszankę dwóch pierwszych.

a) Zewnętrzne źródło strachu

To jest, jak łatwo się domyślić, po prostu jakiś morderca, który grasuje sobie gdzieś tam i którego trzeba złapać. Trudno powiedzieć, czy ten rodzaj zagrożenia do mnie przemawia. Zależy od mordercy. W każdym razie na pewno jest bardzo bezpieczny i trzeba się naprawdę mocno postarać, żeby to zepsuć. Jest to możliwe, owszem, nie raz było mi dane się przekonać, ale, generalnie, „zewnętrzny” morderca sprawdza się dobrze, może być straszny, ale jednak… zostawia pewien niedosyt. To jest zawsze ktoś inny, ktoś mniej lub bardziej odległy, często słabo pogłębiony psychologicznie, a jego ofiary to po prostu, no cóż, ofiary, które musiały się pojawić – bardziej jako konstrukty niż jako ludzie – by w ogóle zawiązała się akcja.
Czytałam kilka tego typu książek, które mnie faktycznie wciągały w trakcie czytania, ale po lekturze nie pozostawiały po sobie niczego, prócz chęci sięgnięcia jak najszybciej po kolejną pozycję, bo (moja czytelnicza) natura nie znosi próżni. Złościło mnie to i uparcie szukałam czegoś, co pozwoli mi się choć na chwilę zatrzymać po odłożeniu książki. Nie że zaraz zastanowić nad własnym życiem i sensem wszechświata, bez przesady, ale chociaż przez moment pozostać z myślą, że nie wszystko jest oczywiste, a groza ma różne oblicza.
Udało mi się to dopiero gdy odkryłam…

b) …wewnętrzne źródło strachu

Jak sama nazwa wskazuje, stoi ono w opozycji do zewnętrznego, co oznacza tyle, że prawdziwa groza to nie morderca, który przyjdzie skądś tam i zrobi coś tam, ale raczej szaleństwo/zło, które drzemie w nas samych i w naszych najbliższych. Ten rodzaj zagrożenia najbardziej kojarzy mi się z podgatunkiem domestic noir, z którym miałam swego czasu dość intensywny romans. Nie potrzeba tam wielu postaci o skomplikowanych powiązaniach. Wystarczy kilku bohaterów, z których żaden nie może ufać innym, ani nawet samemu sobie.

creepy.png
To się dobrze sprawdza przy wątkach tragedii rodzinnych i… i w sumie chyba tyle, tak naprawdę. To jest minus takiego zabiegu – jest nieelastyczny. Bohaterowie w swoich czterech ścianach, klaustrofobiczny klimat, sekrety rodzinne… Z początku byłam zachwycona, jednak szybko pojawił się zgrzyt, ponieważ nie sposób tego wszystkiego przenieść do innej scenerii, dodać więcej pobocznych postaci, wątków, bo wówczas wszystko się rozmyje.
Mam rzecz jasna za sobą „Zaginioną dziewczynę” i „Dziewczynę z pociągu”, a także takie pozycje, jak „Zanim zasnę” „Wtargnięcie”, „Bużka”, „Para zza ściany”, „Śpij spokojnie”, „Za zamkniętymi drzwiami”, „Bliźnięta z lodu”czy naszą polską „Idealną”. Wszystkie one całkiem mi się podobały, a jednak po jakimś czasie potrzebowałam dłuższej przerwy, złapania oddechu, bo – mimo wszystko – ileż można czytać o tym, że mąż jest albo nie jest zły, a żona jest albo nie jest wariatką? (Swoją drogą – dlaczego prawie zawsze w tej właśnie konfiguracji? To już żona nie może być zła, a mąż nie może być wariatem? wtargnięcieCzytałam, że to dlatego, że feminizm. I trzeba mówić o przemocy w rodzinie. Ale ja się feministycznie domagam prawa do niezrównoważonych żon psychopatek! :P)
Czasem można liczyć jeszcze na creepy dzieci. Creepy dzieci są spoko.
Zmierzam w każdym razie do tego, że wewnętrzne źródło strachu słabo działa przy bardziej rozbudowanych fabułach. Dlatego ja najbardziej lubię trzecie rozwiązanie.

c) Pół na pół

Mówiąc krótko – zagrożenie przybywa, owszem, z zewnątrz, ale wpływa na „wnętrze” bohaterów, gdzie przez wnętrze rozumiem nie tylko psychikę, ale ogólnie życie, codzienność, prywatność. Mam ogromną słabość do wątków związanych z podglądaniem, śledzeniem, wkradaniem się do czyjegoś życia. Nie musi być to życie głównych bohaterów odpowiedzialnych za rozwiązanie zagadki, może być czyjekolwiek, ale zawsze przechodzi mnie dreszcz na myśl, że ktoś podobnych prześladowań może doznawać. Przeraża mnie zarówno spaczony umysł sprawcy, jak i zrujnowana psychika ofiary, tracącej powoli zdrowe zmysły, mającej problem ze stwierdzeniem, co jest, a co nie jest prawdą.
Z zapartym tchem czytałam „Ulubione rzeczy”, czy „Karuzelę samobójczyń” Sharonulubione-rzeczy_1339.jpg Bolton i gęsiej skórki dostawałam na myśl, że ktoś mógłby mi po cichu wejść do domu i włączyć muzykę w momencie gdy mam pewność, że jestem w mieszkaniu sama. (Może miał z tym coś wspólnego fakt, że czytałam właśnie będąc w mieszkaniu sama, leżąc pod sufitem na antresoli, przy jednej małej lampce, podczas gdy pode mną rozpościerało się 50m2 lodowatej ciemności. Lodowatej, bo był styczeń, a ja nie miałam ogrzewania. Polecam. Jako klimat do czytania kryminałów, bo tak do życia to nie polecam).

Dobrze dobrane i zbalansowane źródło strachu może być tym, co przykuje mnie do książki na długie godziny, za to kiedy zupełnie nie ma się czego bać, potrafię lekturę porzucić bez żalu, nie poznawszy zakończenia. Zwyczajnie nie chce mi się czytać, kiedy nic mnie nie przeraża i nie niepokoi. Pewnie niepokoić mnie powinien sam fakt, że kogoś zamordowano, ale w przypadku książek to tak nie działa. Prawdziwe morderstwo pewnie by mną wstrząsnęło wystarczająco, nie potrzebowałabym udziwnień, ale po to mi właśnie książki, żeby zapomnieć na chwilę, że „w rzeczywistości, smarkulo, wszystko się kończy szybko i mało atrakcyjnie*”. Pewna teatralność w piętrzeniu tajemnic i tworzeniu nastroju grozy wcale mi nie przeszkadza, bywa nawet pożądana. Znacznie bardziej niż hiperrealizm, kiedy to po przesłuchaniu pięćdziesięciu świadków i zbadaniu odcisków palców okazuje się, że wnuczek zabił babkę dla pieniędzy.

No to tyle na dzisiaj. W następnym odcinku będzie krew, flaki, istny cyrk i wulgaryzmy, bo biorę pod lupę bohaterów i nikogo nie będę oszczędzać.
Jak to ja 😉

creepy2.jpg

* Kto wie, z czego to? 😉
Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny, gra(na)ty w mojej głowie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

W poszukiwaniu zbrodni doskonałej – część I

książki 2

Napisałam tę notkę w całości i w całości zamierzałam ją zamieścić. Po czym ją przewinęłam. Po czym dotarło do mnie, że ona ma 7 stron. Ja wiem, że reanimuję bloga po bardzo długim milczeniu, wiem, że dość znacznie zmieniam jego profil i może faktycznie należałoby przygotować coś z rozmachem… ale 7 stron?! Nawet ja wiem, że to przegięcie. Postanowiłam zatem tekst podzielić, co i jemu, i mnie, i Wam wyjdzie prawdopodobnie na dobre.

Zniknęłam, bo zwyczajnie nie dawałam już rady mielić tych wszystkich ważnych, ciężkich tematów, wściekać się na ludzką głupotę podczas riserczu i ostatecznie rzucać grochem o ścianę. Bo przecież ani przez chwilę się tak naprawdę nie łudziłam, że mój blog oświeci tych, którzy – w moim horyzoncie poznawczym – oświecenia potrzebują.

Dlatego wracam z lżejszym klimatem. Mam ochotę dla odmiany popisać o czymś, co lubię, co mi sprawia przyjemność.
Czyli oczywiście o zbrodniach, zwłokach i mordercach.
Znaczy nie tylko, ale od tego zacznę.

Tak się złożyło, że od jakiegoś czasu nie mam ani siły ani nastroju na ciężkie i ambitne lektury, a czytać muszę, wiadomo. Bez czytania się nie da. Dla czystej rozrywki zaczęłam coraz częściej sięgać po kryminały i nagle zorientowałam się, że – nie wiedzieć kiedy – przestały one być faktycznie czystą rozrywką, a zaczęły szczerze absorbować mnie na poziomie czysto intelektualnym. Przez większość życia byłam przekonana, że słowa „kryminał” i „intelektualny” nie powinny się w żadnym razie znaleźć w jednym zdaniu. Zresztą możliwe, że faktycznie nie powinny, a ja po prostu z wiekiem głupieję. Tak czy inaczej złapałam się na dogłębnym analizowaniu czytanych tekstów.
Jedna tylko rzecz nie daje mi spokoju. Żadna z tych książek mi się jakoś szczególnie nie spodobała. Na liście moich ulubionych lektur nie ma ani jednego kryminału, czy thrillera.
I właśnie dlatego czytam ich coraz więcej i więcej. Bo to przecież niemożliwe, żeby w gatunku o tak dużym, wbrew pozorom, potencjale, nie było ani jednej książki, która faktycznie by mnie urzekła. Rzucam się na każdy kolejny tekst jak szczerbaty na suchary, w nadziei, że to będzie właśnie TEN.
I nigdy nie jest, rzecz jasna.

A przecież z kryminału można naprawdę sporo wycisnąć – zbudować realistyczne tło obyczajowe, psychologicznie wiarygodnych bohaterów, skonstruować skomplikowaną intrygę, a nawet przemycić trochę wiedzy z różnych dziedzin. Czyżby w tym tkwił mój problem? Że chciałabym, żeby wszystkie te obszary autor wyeksploatował na dwieście procent i zaspokoił mnie, za przeproszeniem, z każdej możliwej strony?
Tak. Pewnie tak.
I pewnie przez to pozostanę niezaspokojona do końca swoich dni. Ależ to smutno zabrzmiało.
No nic, sama jestem sobie winna, nikt mi nie kazał być marudnym wrzodem na dupie.

Ale to też nie tak, że nic nigdy mi się nie podoba. Niektóre lektury pozostawiają po sobie miłe wspomnienia. Mogę za cholerę nie pamiętać, kto zabił, ani jak miał na imię główny bohater, pamiętam za to pewne miłe smaczki. I pomyślałam, że gdyby tak zebrać je wszystkie do kupy, może zdołałabym znaleźć przepis na kryminał, który utrafiłby wreszcie w mój gust.

No to sru!

#1 Klimat tekstu

Lekki, przyjemny temat na początek, jakkolwiek wcale nie, bo tak naprawdę trudno powiedzieć, co to takiego właściwie jest i jak to można uzyskać.
Bardzo często to właśnie klimat trzyma mnie przy powieści kryminalnej, czasem nawet silniej niż chęć dowiedzenia się w końcu, kto zabił. Kryminały są pisane wedługi-utopce podobnego schematu i jeśli ktoś ma już za sobą parę pozycji, to sam fakt pojawienia się w książce trupa i dzielnych detektywów nie zrobi większego wrażenia. Bardziej istotne jest, jak autor całą tę niezbyt oryginalną sytuację zaprezentuje.
Nie jestem fanką opisów,wręcz za nimi nie przepadam, i bynajmniej nie należy się tu spodziewać peanów na ich cześć. Nie chodzi mi o to, by z detalami obrazować wszystkie miejsca i scenerie, ale żeby akcję „usadzić” za pomocą kilku charakterystycznych elementów. Bardzo dobrze wspominam lekturę „Utopców” Katarzyny Puzyńskiej, gdzie do zbudowania klimatu wystarczyła tak naprawdę informacja, że akcja (a przynajmniej jej część) toczy się głównie ponurą jesienią w małej wsi pośród lasu. I tyle.

  • Jesień = groza/melancholia
  • niewielki rozmiar osady = klaustrofobiczność, wzajemne powiązania między wszystkimi mieszkańcami
  • wieś = jakiś stopień zacofania, specyficzna mentalność
  • środek lasu = odcięcie od świata, izolacja.

Potrzebuję takich grubych kresek, żeby zakotwiczyć mózg, a potem moja wyobraźnia dalej sobie w tych ramach działa. Dlatego nie są dla mnie klimatyczne teksty, w których bohaterowie w krótkim czasie odwiedzają dużo miejsc o zupełnie innym charakterze, a autor prowadzi fabułę od punktu do punktu, nie spinając jej żadną klamrą, żadnym wspólnym mianownikiem. No, może oprócz trupa, który jednak całego klimatu nie udźwignie.
A spokojnie da się taką klamrę zastosować nawet przy śledztwach prowadzonych z rozmachem. Dowodem są powieści Yrsy Sigurdardottir, która co chwilę rzuca gdzieś yrsaswoją bohaterkę, każe jej rozmawiać z mnóstwem ludzi, a jednak klimat się nie rozmywa, bo nad każdą historią unosi się duszna aura żmudnej pracy biurowej. Jakkolwiek strasznie by to nie brzmiało, uważam że to duży plus. I zresztą jeden z powodów, dla których bezboleśnie przetrwałam całą serię z Thorą. Główna bohaterka nie specjalizuje się w sprawach kryminalnych i na krwawe zbrodnie trafia zwykle przy okazji realizowania rutynowych zleceń, wymagających wypełniania mnóstwa papierów i nie są to bynajmniej akta sensacyjnych śledztw. Chociaż same zbrodnie może i bywają przekombinowane i nie do końca wiarygodne, nie ma się wrażenia oderwania od rzeczywistości, bo w niej kotwiczą czytelnika raporty finansowe, ekspertyzy budowlane, czy postępowania o wypłatę ubezpieczenia. Niejeden pewnie skisłby z nudów, ale dla mnie to był miły smaczek i wreszcie coś oryginalnego, nienachalnie nadającego ton całemu cyklowi.

Tak naprawdę nie sądzę, by istniała jakakolwiek książka w ogóle bez żadnego klimatu. Każda jakiś ma, tylko nie do wszystkich on przemawia. Mnie na przykład trudno „złapać” klimat powieści kryminalnych dziejących się współcześnie w dużych miastach, choć ogólnie obrazy miast w literaturze szalenie lubię. Utrudnieniem jest też dla mnie duża liczba bohaterów, bo śledzenie z uwagą powiązań między nimi wszystkim sprawia, że jestem nieustannie skupiona, przez co nie mogę po prostu wsiąknąć i dać się nieść fabule i klimatowi właśnie. Sporo dla klimatu robią na pewno bohaterowie. W moim odczuciu więcej nawet niż opisy przyrody, czy tam innego otoczenia. O nich rozpiszę się jeszcze później, na razie powiem tylko tyle, że dopiero odpowiednio nakreślone postacie ożywiają scenerię i nadają jej charakteru.
Pewnie to, co dla mnie klimat psuje, dla kogoś innego go tworzy, coś, co na mnie nie robi wrażenia, kogoś innego wbija w fotel. I na odwrót – ja opowiadam, co lubię, a ludzie patrzą na mnie dziwnie.
Chociaż to może być akurat spowodowane też innymi czynnikami 😉

Czyli, jakby nie patrzeć, nic mądrego nie powiedziałam. Każdy sam sobie może przemyśleć, czym dla niego jest klimat i co go najlepiej tworzy. I każdy dojdzie do właściwych wniosków, bo przecież jeden przepis na klimat nie istnieje. Wiadomo, sprawny warsztat jeszcze nikomu nie zaszkodził i im lepiej technicznie napisany jest tekst, tym przyjemniej się czyta i wsiąka. Ale na to, co z tego wsiąkania wyniknie, autor nie ma wpływu. Tekst ma tak naprawdę tyle klimatów, ilu odbiorców. Dwie osoby mogą tę samą książkę poczuć skrajnie różnie, bo każdy z innym bagażem życiowym i kulturowym zasiadł do lektury i ani to wina ani zasługa autora.
Nie jestem pewna, czy to pocieszająca myśl, czy wręcz przeciwnie.

zbrodnia

Opublikowano gra(na)ty w mojej głowie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Matka siedzi w domu i nic nie robi

matka 1

Czas leci, różne rzeczy się zmieniają, nie tylko w moim życiu (w nim to akurat za wiele się na razie nie zmienia, gwoli ścisłości), ale też w życiu moich znajomych. I oto nagle orientuję się, że facebookowa tablica wygląda zdecydowanie inaczej niż tych parę lat temu, kiedy zakładałam konto. Koledzy się pożenili, koleżanki pomężyły, sporo osób doczekało się też dzieci.
Tematyka rodzicielstwa pojawia się coraz częściej w udostępnianych postach i chociaż na razie mnie osobiście nie dotyczy, nie zachowuję się, jakby w ogóle nie istniała. W końcu rodziny z dziećmi funkcjonują w tym samym społeczeństwie, co ja, więc czemu miałabym je w swoich rozważaniach i przemyśleniach pomijać? Zwłaszcza, że nie wiadomo, co mnie samej przyniesie los i czy nagle nie stanę się tematem żywo zainteresowana niejako z konieczności.

Od czasu do czasu zdarzy mi się otworzyć link do bloga parentingowego, czy przeczytać wpis na fanpage’u poświęconym rodzicielstwu. I cóż tam znajduję? Ano znajduję przedziwny szał na udowadnianie za wszelką cenę, że matka, która zdecydowała się zrezygnować z pracy zawodowej i zająć się domem oraz wychowaniem dzieci, pracuje ciężej zgoła niż górnik w kopalni. Takich wpisów jest doprawdy istny wysyp. I tak się teraz zastanawiam – w czym konkretnie tkwi problem? Jaki jest właściwie powód nakręcania całej dyskusji, która, moim zdaniem, nie ma najmniejszego sensu i tyle tylko daje, że ludzie skaczą sobie do gardeł.

Taką mam dziwną przypadłość, skrzywienie takie, że jak ktoś mnie usiłuje do czegoś przekonać zbyt mocno, to staję się podejrzliwa. O co mu chodzi? – pytam sama siebie. Dlaczego aż tak mu zależy, żebym przyjęła jego punkt widzenia? Jaki ma w tym cel?
Czemu ta prowadząca bloga mama aż wychodzi ze skóry, żeby obcy ludzie przekonali się o tym, jak ona ciężko pracuje?
Odpowiedź może się wydawać oczywista – bo chce, żeby doceniono ją i jej wysiłek. Okej, ale czy naprawdę taka osoba koniecznie potrzebuje potwierdzenia od anonimowych ludzi z Internetu, że jej praca jest ważna i potrzebna? Jeśli tak, to chyba coś tu jest nie w porządku, prawda?

Nie wiem, jak inni, ale ja mam trochę tak, że im bardziej nie jestem pewna jakiejś swojej decyzji, tym bardziej szukam aprobaty otoczenia. Chcę, żeby mi ktoś powiedział, że robię słusznie, kiedy sama nie mam tej pewności. Jeśli czuję się ze swoimi wyborami dobrze i mam wsparcie najbliższych, nie widzę potrzeby przekonywania wszystkich dookoła, że moje działania są ważne, potrzebne, wartościowe.
Wszystkie te wpisy na blogach bazują na założeniu, że „ludzie mówią” jakoby matki, które zostały w domu z dziećmi nic nie robiły, miały nieustanną labę i odpoczynek. Nie wiem, co to za „ludzie”, bo ja się nigdy z taką opinią nie spotkałam, nie znalazłam ani jednego sensownego tekstu w Internecie, który by takie stanowisko prezentował, i z kim bym nie rozmawiała, zawsze słyszę, że prowadzenie domu i wychowanie dzieci stanowi absorbujące i nie zawsze łatwe zajęcie.
Nawet jeśli jedna czy druga mama usłyszała niewybredne komentarze ze strony kogoś, kto wybrał inny model życia i uważa go za jedyny słuszny, to czy to jest wystarczający powód, by od razu rzucać się do klawiatury i opisywać swój ciężki dzień godzina po godzinie? Opinia jakiegoś randoma, który nie bardzo wie nawet, o czy mówi, jest aż tak istotna? Naprawdę szczerze wątpię.
Zaryzykuję stwierdzenie, że chyba nie ma osoby, która nie usłyszała nigdy głupiej i bezmyślnej krytyki odnośnie do swojego stylu życia i swoich życiowych decyzji. Niektórzy po prostu nie mogą się powstrzymać i chlapią jęzorem, opluwając tych, którzy żyją inaczej, bo już taki mają spaczony charakter. To chyba bardziej niż oczywiste, że zwyczajnie nie należy się nimi przejmować. Jasne, w pierwszej chwili można się wściec, to naturalne, ale czy jest sens rzucać grochem o ścianę i na siłę przekonywać takich, że się mylą?
Chyba że te kobiety wcale nie ich, a same siebie próbują przekonać.

Trochę mnie ten stan rzeczy martwi, biorąc pod uwagę, jak wiele mówi się o prawie kobiet do decydowania o swoim życiu. Opinia publiczna jest przyzwyczajona do odwrotnego kontekstu – kobieta może zdecydować, że „wyjdzie z domu”. ALE!
Ale może też zdecydować, że w nim zostanie. Domyślam się, że nie jest to łatwy wybór, choć sama nigdy przed nim nie stanęłam. Prawdopodobnie mogą pojawić się wątpliwości, myśli o tym, co by było, gdyby. Jednak odnoszę wrażenie, że kobiety, które postanowiły prowadzić dom i wychowywać dziecko, rezygnując z pracy zawodowej, z jakiejś przyczyny czują się z tą decyzją zwyczajnie źle. Inaczej jaki miałyby powód, by tak rozpaczliwie przekonywać wszystkich dookoła o tym, że ciężko pracują, a ich praca jest ważna? Nie zauważyłam podobnej tendencji u żadnej innej grupy społecznej, więc o co chodzi z tymi matkami?
Skoro zostały z dziećmi z własnej woli, musiały tego chcieć, zresztą same przyznają, że chciały, a jednak zachowują się, jakby coś je cały czas w środku uwierało. Nie wierzę, że to pojedyncze, zasłyszane, czy przeczytane gdzieś tam opinie obcych ludzi. No nie wierzę, przykro mi. Człowiek pewny swojego wyboru, ma to w nosie.

Więc co? Ogólna specyfika kapitalistycznego sposobu myślenia? Powszechne przekonanie że liczy się głównie zarabianie pieniędzy? A może brak wsparcia ze strony najbliższych? Może te apele rzucane w odmęty Internetu nie są wcale wołaniem do obcych ludzi, a do osób bardzo konkretnych. Jeśli człowiek jest doceniany i wspierany przez tych, których kocha, aprobata całego świata do niczego mu niepotrzebna. A jeśli nie jest… no właśnie.

matka 2

Ostatecznie nic dobrego z tego wszystkiego nie wynika. Wpisy utrzymane w tonie „kto nie ma dzieci, ten nie wie, co to zmęczenie”, mogą wywołać jedynie irytację tych, którzy, prawda, nie mają, a wiedzą. Cudem jakimś, sposobem tajemnym. Bo są tacy.
Odpowiadanie na niesprawiedliwą i bezmyślną ocenę kolejnymi niesprawiedliwymi i bezmyślnymi ocenami daje efekt błędnego koła i napędza głupie, dziecinne licytowanie się – kto ciężej pracuje, kto jest bardziej zmęczony i kto pije zimniejszą kawę.
A przecież na to nie ma żadnej zasady, nie ma nawet jak tego porównywać. Są różne prace i różne domy, różne zawody, różne dzieci i życiowe sytuacje. Konia z rzędem i rękę Yattamana temu, kto wymyśli uniwersalną i sprawiedliwą metodę porównywania „kto ma gorzej”. I w ogóle dlaczego ktokolwiek miałby mieć gorzej? Chyba lepiej mieć lepiej, nie? Nie wiem, skąd głupi pomysł mierzenia wartości człowieka tym, jak bardzo jest styrany i pada na ryj. Ale to już inna sprawa.

O ileż zdrowiej i spokojniej byłoby, gdyby ludzie szanowali wybory innych ludzi i potrafili czuć się dobrze ze sobą bez poprawiania własnej samooceny poprzez krytykowanie innych.
Tylko że wtedy nie miałabym o czym pisać.

matka 3

Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny | Otagowano , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Zmierzch sztuki krytykowania

thumbsdown24

To jest taki szybki, spontaniczny wpis wynikający, jak zwykle zresztą, z ogólnego niezrozumienia tego, co się dookoła odpierdziela. Ciągle słyszę, że ludzie nie potrafią przyjmować krytyki – złoszczą się, obrażają, w najlepszym przypadku olewają cienkim siuśkiem i jak tkwili w ciemnocie, tak w niej dalej tkwią.
Pewnie coś w tym jest. Ba, na pewno jest! Sama spotkałam parę niereformowalnych jednostek, od których opinie, także moje, odbijały się jako ten groch od ściany. Frustrować mnie to nie frustrowało szczególnie, bo każdy – tak, teraz macie to na piśmie – może sobie moją opinię wsadzić tam, gdzie słońce nie dochodzi, łaskawie zezwalam, Nie jest ona prawdą objawioną i jeśli komuś nie leży, to niech ją sobie zignoruje, świat się od tego nie zawali prawdopodobnie. No, chyba że się zawali. Ale nie sądzę. W każdym razie mojej krytyki nikt słuchać nie musi, a może wręcz nie powinien, w końcu ja się na niczym nie znam, oprócz szukania czterolistnych koniczynek.
Aczkolwiek są ludzie, którzy się znają i chcieliby, żeby ich słuchano i brano sobie ich uwagi do serca. I teraz nie mówię wcale o kwestiach światopoglądowych, bo to jest materiał na osobny tekst, którego nigdy nie napiszę, bo szlag mnie pierwej trafi. Mówię o zwykłych umiejętnościach, które można opanować, rzeczach, których można się nauczyć… jeśli potrafi się przyjmować krytykę.
Tak, tak, trzeba to umieć. Ciągle się o tym mówi, wiele na ten temat napisano i w ogóle to jest bardzo ważne. Tak, ALE.
Ale co z formułowaniem krytyki?

Fajnie, że ludzie, którzy wiedzą na jakiś temat więcej od innych, chcą to i owo przekazać, tylko że to ich jeszcze nie czyni świętymi krowami!
Rozglądam się dookoła, słucham, oczom własnym i uszom nie wierzę, a jednak to się dzieje. Gdzie by człowiek nie spojrzał, widzi, jak ci, które w teorii mają pomagać innym, szkolić i wspierać, potrafią tylko gnoić i wbijać szpile. Opowieści niektórych znanych mi osób, z moją mamą na czele, jeżą włosy na głowie, a i ja miałabym sporo do powiedzenia. Liderzy, kierownicy, osoby odpowiedzialne za innych – także za ich rozwój i motywację do pracy – dla nikogo nie mają dobrego słowa. Nawet zaryzykuję stwierdzenie, że dobrych słów to oni z premedytacją unikają, żeby się czasem pracownikom w dupach nie poprzewracało. Nie wszyscy – wiem, że nie wszyscy – ale wielu.
I bardzo bym chciała trzasnąć sobie teraz o wpół do 5 rano elaborat o nieodpowiednich ludziach na nieodpowiednich stanowiskach, ale tak właściwie to nie o to mi chodzi. W każdym razie nie tylko o to.
Bo że często do władzy i wpływowych stanowisk dorywają się ludzie, niemający po temu predyspozycji absolutnie żadnych, to raczej nie nowość. Jak ktoś nie potrafi rozmawiać, to będzie darł ryj, jak ktoś nie ma argumentów, to będzie obrażał rozmówcę. Tak to jakoś działa. Chociaż nie powinno tak działać. Nie powinno, prawda? Wydaje się oczywiste, że nie powinno, że taka agresywna”krytyka” pod adresem kogoś, komu ma się teoretycznie pomagać, to jakieś cholerne nieporozumienie. U mojej mamy w pracy ludzi zabierała z biura karetka. Do takiego stanu doprowadzała ich „pani lider” swoimi wrzaskami, złośliwościami i wiecznym niezadowoleniem. Jeśli tak ma wyglądać konstruktywna krytyka, o której się tyle mówi, to ja w pompie to mam, podziękuję.

Może czytając to ktoś pomyśli sobie, że no tak, no owszem, są takie przypadki, ale to jest skrajność. Tak. Tylko że ta skrajność, z jakiegoś powodu niepojętego, na naszych oczach staje się normą.
Pamiętam z dzieciństwa programy kulinarne, czy muzyczne. Pierwsze polegały na pokazywaniu, jak zrobić jedzenie, a drugie na śpiewaniu piosenek. Teraz włączam telewizor (no dobra, teraz nie włączam, bo nie mam, ale włączałam), a tam Wojciech Amaro pruje się jak stare prześcieradło na ludzi biegających w panice po kuchni. Na drugim programie Magda Gessler rzuca talerzami i klnie, na czym świat stoi, a na jeszcze innym kolejne jury kolejnego Idola, czy innej zarazy, prześciga się w chamskich złośliwościach.
Dom wariatów, jak Yattamana kocham!
A ci obrzucani błotem uczestnicy programów stoją, kiwają głowami, zgadzają się z każdym słowem, a jak się nie zgadzają, to się i tak ostatecznie zgodzą, bo tak chce scenariusz. Scenariusz im nie pozwala odpowiedzieć tak, jakby chcieli – i jakby zapewne w powyższych sytuacjach należało. Scenariusz im nie pozwala wyrazić poglądu, że takim tonem, jakim mówią szanowne gwiazdy, to cywilizowany człowiek się do śmiertelnego wroga nie zwraca. Scenariusz każe im rozumieć, że ci jakże utalentowani i wspaniali celebryci robią to wszystko dla ich dobra, że tak trzeba, bo inaczej cenna wiedza nie dotrze. Wszystko ma być tak, jak jaśnie pan/i chce, bo jak będzie inaczej, to jaśnie pan/i rzuci talerzem.
Przecież jakby ktoś w mojej obecności rzucił czymkolwiek, to niech go bór mieszany bagienny ma w opiece! A wszakże jestem jednostką niespotykanie spokojną. To pewnie dlatego, że nie darzę szczególnym nabożeństwem wszelakich autorytetów, ale, jak świat długi i szeroki, nie ma osoby, która mogłaby rzucić przy mnie talerzem i nie usłyszeć soczystej wiązanki zakończonej głośnym zamknięciem drzwi z drugiej strony. I to w najlepszym wypadku.
I tak gapię się w ten ekran, ci ludzie tam stoją, ten Amaro, czy inny cep, wrzeszczy, a ja sobie myślę: no niechże mu ktoś wreszcie da w pysk! (Chociaż nie powinnam tak myśleć, bo przemoc nie jest rozwiązaniem, i tak dalej, ale trudno, myślę i już). Ale nikt mu nie daje w pysk. Dalej wszyscy kiwają głowami.
Przedstawienie musi trwać, no i trwa.

Tylko że ja już nie widzę tych ludzi, grających według scenariusza. Widzę tych innych, anonimowych, co też tak stoją i kiwają innemu dupkowi, który wrzeszczy i klnie i ciska rzeczami – oczywiście dla ich dobra, oczywiście dlatego, że chce im coś ważnego wpoić, a jakże! A oni mają przyjąć krytykę. Bo przyjmowanie krytyki jest bardzo ważne. Trzeba się tego nauczyć. Koniecznie.

2

Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Lepiej nie będzie, wewnętrzny ch*ju!

rozczarowanie 2

Mówiłam już gdzieś kiedyś, że jak mam doła, to ograniczam internetowa aktywność. Co znaczy, ze jej niemal w ogóle nie przejawiam, ponieważ doła mam ciągle. W sumie nie wiem dlaczego się wtedy wycofuję z blogowania. Ostatecznie Internet widział już gorsze rzeczy niż mój dół i jeszcze się jakoś nie skończył, więc spokojnie mogłabym komunikować, że jest źle, jeśli mam taką potrzebę, i liczyć na terapeutyczną moc pisania. Parokrotnie nawet chciałam spróbować, ale za każdym razem coś mnie blokowało. Taki wewnętrzny mały chuj, który we mnie siedzi i niestrudzenie przekonuje, że to, co robię, nie ma sensu.

Bydlę jest niezmordowane, przysięgam. Od lat nie zamknął się ani na chwilę i każdą aktywność (albo brak aktywności) potrafi mi obrzydzić. Za co bym się nie zabrała, gnojek znajdzie z miejsca pierdyliard argumentów, dlaczego nie powinnam tego robić. Nawet czynności tak oczywiste, jak jedzenie i spanie zdołał wykorzystać do tego, żebym czuła się ze sobą źle. Przyznam, że świetnie mu to wychodzi – stanowię aktualnie obraz nędzy i rozpaczy oraz odczuwam do siebie permanentną odrazę. Niekończące się mentalne samobatożenie to nie jest coś, z czym da się normalnie żyć, toteż nie żyję normalnie. Jestem wykończona, mam dosyć, i chciałabym się tej oślizgłej kreatury pozbyć ze swojej głowy.

Tylko że nawet nie mam pomysłu, jak się za to zabrać. Plugastwo opanowało już każdy aspekt mojego życia i stwierdzam z przerażeniem, że prawie nie pamiętam czasów, gdy potrafiłam się z czegokolwiek cieszyć bez robienia sobie wyrzutów, że powinnam się zająć czymś innym. Czort tam, że nie wiem, czym by to „coś innego” miało być. Ważne, że na pewno nie tym, co robię w tej chwili. Bo to, co robię w tej chwili jest głupie / bezproduktywne / odmóżdżające / za bardzo na pokaz / egoistyczne / niepoważne / nieprofesjonalne / nieważne i… długo bym tak mogła. Czasem myślę, że choćbym uratowała wszechświat przed zagładą, wewnętrzny chuj i tak by mnie przekonał, że to doprawdy nie było nikomu potrzebne, zmarnowałam czas i tylko się ośmieszam.

Angażuję cały zdrowy rozsądek w tłumaczenie sobie, że mogę robić, co mi się żywnie podoba, ponieważ jestem dorosła, dowolnie dysponuję własnym wolnym czasem i naprawdę nie mam żadnego powodu, by czuć się winna. Ogromny wysiłek wkładam na co dzień w to, by udawać, że wierzę w te tłumaczenia i że wszystko jest w porządku, ale prawda jest taka, że to, co wiem, co sobie tak rozsądnie w myślach klaruję i co brzmi całkiem sensownie, nie ma zupełnie pokrycia w faktycznych odczuciach. Bo w nich już niepodzielnie panuje mały chuj.

nie lubię siebie

SEN

[Ze względu na pracę (zmiany dzienne albo nocne po 12 godzin) nie mam regularnego trybu życia i rytmu dobowego. Śpię, kiedy mogę, wstaję, kiedy budzą. Siłą rzeczy muszę sypiać w dzień, czasem potrzebuję tego snu więcej, czasem mniej i milion razy już sobie obiecywałam, że będę po prostu słuchała własnego organizmu, bo on sam powinien wiedzieć, co dla niego najlepsze.
Aczkolwiek mój wewnętrzny chuj ma na ten temat inne zdanie.]

Kiedy kładę się spać przed nocną zmianą, albo po nocnej zmianie, bo padam na ryj: „Ej, kurwa, jest środek dnia, o tej porze ludzie żyją, są aktywni, a ty chcesz spać? Tyle godzin stracić? Tyle możliwości? Taką ładną pogodę? Wstyd, leniu śmierdzący!

Kiedy nie kładę się spać, bo nie czuję się śpiąca: „Tak, siedź jak ten debil, zamiast odpocząć, a potem łaź jak zombie i jojcz, że jesteś zmęczona! Przecież i tak w tym czasie niczego sensownego nie zrobisz!”

 

JEDZENIE

Kiedy przez kilka dni odżywiam się głównie przegryzanymi na szybko kanapkami, bo nie mam czasu, albo siły, albo ochoty gotować: „Jak ty żyjesz w ogóle, jaskiniowcu jeden?! Przecież to niezdrowo! Ugotowałabyś coś porządnego, normalny obiad w końcu zrobiła! Zagłodzisz się, jak tak dalej pójdzie i umrzesz i w sumie mała strata, nikt nie będzie szczególnie płakał.”

Kiedy gotuję „normalny obiad”: „I po co stoisz przy tych garach pół dnia? Zupą z torebki tak samo byś się najadła i szybciej by było, byś nie traciła czasu na jakieś dziwactwa, które i tak nie wyjdą, jak powinny. Poza tym znowu bajzlu w kuchni narobiłaś, w zlewie znowu stos garów… Czy ty przez dwa dni nie potrafisz utrzymać porządku?!”

Kiedy zamawiamy z Nerdem żarcie z restauracji, bo takiego mamy akurat smaka: „No pięknie! Nie dosyć, że to niezdrowe, to jeszcze tyle kasy na to idzie. W ogóle to jesteś chujowa do kwadratu, bo znowu nie gotujesz i nie ma ciepła domowego ogniska. Weź zgiń w czeluściach Mordoru!”

 

ROZRYWKA

Kiedy mam ochotę obejrzeć albo poczytać coś lekkiego: „Pierdolę, budyń zamiast mózgu, serio. I po to się edukuje ludzi w tym kraju, żeby tacy impotenci umysłowi rośli? Można by pomyśleć, że stać cię na więcej, ale no chyba jednak, kurwa, nie. Jesteś głupia, po prostu, jak noga od stołka i słów nie mam i walisz siurem.”

Kiedy mnie najdzie na coś ambitniejszego: „No i na co ci to? Kogo próbujesz oszukać? Myślisz, że co? Że będziesz mądra? Fajna? Nie będziesz. Będziesz tylko kolejnym tłukiem, który przeczytał książkę, nachapał się niepotrzebnej wiedzy i pokwikuje z zadowolenia, przekonany o własnej zajebistości.”

 

TWÓRCZOŚĆ

Kiedy piszę, rysuję, albo idę na zdjęcia: „Poważnie? Nie wiem, czy jesteś tego świadoma, ale nie masz już dwunastu lat i może by wypadało przestać rżnąć wielką artystkę, co? Ani ci to dobrze nie idzie, ani nic z tego nie masz, a jeszcze się chwalisz w necie, jakby było czym. Że ci nie wstyd takie gówno ludziom pokazywać… Żałosne.”
Mózg na to nieśmiało: „Ale ej, patrz. Inni też piszą, rysują, fotografują i serio uważam, że to jest naprawdę super i łał. Nawet jak nie robią tego profesjonalnie. Samo to, że próbują, że im się chce, że mają pasje… Dlaczego jak ja robię to samo, to nie może być super i łał?”
Wewnętrzny chuj: „A widziałaś, jak to robią ci inni? Robią to dobrze. A ty jak to robisz? Chujowo. Z czym do ludzi, nie kompromituj się, naprawdę.”

Jak nie mam weny albo siły, żeby robić coś własnego i chcę się zająć czymś innym: „I znowu się opierdalasz? Pewnie, tak najłatwiej. Niczego w życiu nie osiągniesz i skończysz w rowie. I dobrze ci tak.”

 

ŻYCIE TOWARZYSKIE

Jak wolę posiedzieć w domu: „Nie no, spoko, tylko się potem nie dziw, że cię nikt nie lubi. Jesteś dzika i aspołeczna i może się faktycznie wyprowadź do tej ziemianki w głębokiej Rosji.”

Jak wolę wyjść do ludzi: „Przecież i tak nie masz o czym z nimi gadać, bo nie masz życia. Znowu się nażłopiesz piwa, żeby ci się jęzor rozwiązał, a jak ci się rozwiąże, to będziesz lamentować i narzekać na własne spierdolenie. Siedź już lepiej w domu i wsi nie rób.”

 

I tak jest ze wszystkim. Te kategorie dzielą się jeszcze na podkategorie i właściwie to niemal każdą poszczególną czynność mogłabym w ten sposób przedstawić – siedzenie w wannie, napisanie komentarza na forum, w gorszych dniach może to być nawet wypicie herbaty! I zwracam uwagę, że mówię tu przez cały czas o sytuacji, w której mam szczerą ochotę i potrzebę robić określoną rzecz. Bo gdyby chodziło o to, że się zmuszam, to byłoby zrozumiałe, że coś we mnie protestuje. Ale nie. Podejmuję dane działania z własnej woli i ma mi ono sprawić przyjemność, a mimo tego czuję się fatalnie – jakbym oszukiwała siebie, innych, cały świat, który przecież ma mnie w dupie, co mi nie przeszkadza się samobiczować.

Pojęcia nie mam, skąd to się bierze. Może ze szkoły, gdzie przez tyle lat słyszałam „musisz się uczyć” i cały czas żyłam ze świadomością, że zawsze wisi nade mną kolejny temat do przerobienia, kolejna klasówka, kolejne kolokwium i nie można marnować czasu na opierdalanie się? Może z domu, gdzie rodzice chcieli, żeby podejmowane przeze mnie aktywności były „przyszłościowe”, „kształcące” i „rozwijające”, cokolwiek to znaczy? Może trochę przez korzystanie z mediów społecznościowych i blogów, co mi trochę zaburza perspektywę i każe wierzyć, że wszyscy dookoła mają fajne życie, a przynajmniej fajniejsze niż moje, i robią ciekawe rzeczy?
Tylko że to wszystko od biedy tłumaczyłoby, dlaczego nie potrafię odpoczywać i źle się czuję, gdy pozwolę sobie na relaks. Tylko że ja pracować też nie umiem. Wkładam dużo wysiłku w pisanie, fotografowanie, czy rysowanie, staram się we własnym zakresie poszerzać swoje zainteresowania i zdobywać nową wiedzę, a mimo tego i tak patrzę na siebie z zażenowaniem, że co ja w ogóle odpierdalam, mogłabym się w końcu ogarnąć i nie udawać, że umiem robić rzeczy, których nie umiem i mam zdolności, których nie mam.

Przecież to idzie oszaleć! Tak się nie da funkcjonować. Naprawdę nie robię niczego, o co mogłabym mieć do siebie pretensje, a wręcz przeciwnie, czasem robię rzeczy, które u innych uważam za fajne. I jestem tego świadoma. Wiem to, tak na zdrowy rozum. Tylko że wewnętrzny chuj nie ma nic wspólnego z rozumem, tym bardziej ze zdrowym.
Chciałabym umieć kazać mu się zamknąć. Przekonać, że jeśli biorę się za coś, na co mam ochotę i co mi sprawi przyjemność, to jest to najlepsza rzecz, jaką mogę w danym momencie zrobić, lepszej nie ma, nie będzie, i papa ciasno, ty trujący tępy worze! Chciałabym, żeby wtedy posłuchał, odpuścił i pozwolił mi swobodnie dokonywać wyborów i cieszyć się wolnym czasem, którego nie mam dużo, a już na pewno zbyt mało, by go marnować na zadręczanie się.
Nawet teraz, gdy piszę ten post, wewnętrzny chuj robi swoje. Im bliższa jestem skończenia i kliknięcia „opublikuj”, tym głośniej się awanturuje, że nie powinnam tego robić, że to głupie, dziecinne tak się żalić w Internecie, że to i tak nikogo nie obchodzi i tylko wyjdę na idiotkę.

Na argument, że to mój blog i mogę publikować, co chcę, pozostaje głuchy.

rozczarowanie

Opublikowano (nie)ogarniam! | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 3 Komentarze