Obywatel świata w Krainie Dzieci, czyli: co z tym „Wiedźminem”?

wiedźmin 1

Otóż tak. Pierwsze twarze z obsady „Wiedźmina” zaprezentowane. Emocje już trochę opadły, albo ogólnie może jeszcze nie opadły, ale moje już tak i czuję się na siłach zebrać do kupy i podsumować własne spostrzeżenia.
Odczucia mam, przyznam szczerze, ambiwalentne. Ogólnie do całości projektu podchodzę bardziej z nadzieją niż z obawą. Lubię „Wiedźmina” (książki, bo z grami miałam tyle styczności, że czasem podglądałam, jak Człowiek-Syr grał), ale nie należę do ortodoksyjnych fanów i bynajmniej nie spodziewam się wiernego przeniesienia na ekran książkowego pierwowzoru.

Najbardziej kontrowersyjna decyzja, czyli czarna Fringilla, właściwie mnie nie rusza. Przyjmuję do wiadomości – może i bez entuzjazmu, ale też i bez oburzenia.
Bez entuzjazmu dlatego, że do radykalnych modyfikacji w fizjonomii postaci w adaptacjach książek ogólnie podchodzę sceptycznie. Po prostu nie bardzo dostrzegam sens takich zabiegów. Kolor skóry to cecha fizyczna jak każda inna i jej zmiana jest dla mnie porównywalna ze zrobieniem blondyna z Harry’ego Pottera bo „przecież ważne, żeby aktor dobrze grał”. W sumie można i tak – tylko po co?
Z drugiej strony się nie oburzam, bo mam świadomość tego, że dla społeczeństw wielokulturowych zmiana koloru skóry stanowi tylko drobną modyfikację, a nie koniec świata. Coś jak dla nas zmiana koloru oczu. Pottera z niebieskimi jakoś przeżyliśmy, nie?

W książkowym świecie Wiedźmina wszystkie postacie są białe. Taka prawda. Śmieszą mnie głosy, że „skoro nie było wprost napisane, że są, to może wcale nie są!”
Oczywiście, że są. Bo Sapkowski różnorodność rasową przedstawił w inny, bardziej charakterystyczny dla fantasy sposób, tworząc „nieludzkich” bohaterów, ludzkich natomiast, jeśli chodzi o wygląd, odbijał z domyślnego szablonu. Tak, białego szablonu, bo Polak, jako domyślny szablon, ma w głowie ustawiony biały. Twórcom gier, również Polakom, pewnie nawet przez myśl nie przeszło kombinować z rasą postaci, bo i po co ? Narysowali wszystkich zgodnie z opisem i trudno mieć do nich o to pretensje. Ludzi o innym kolorze skóry widuje się u nas stosunkowo rzadko i nie funkcjonują w naszej świadomości jako stały i naturalny element społecznego krajobrazu, więc raczej się ich spotyka w polskich książkach i filmach (nie wiem, jak w grach, bo się tym nie interesuję).

Ale fakt, że ktoś nie jest opatrzony z innością, nie usprawiedliwia podejścia, zdającego się wypływać z absurdalnego przeświadczenia, że jeśli do jakiejś roli angażowany jest „czarny”, to najpewniej trzeba go w tym celu wyciągnąć z buszu (umykając przed jego uzbrojonymi w dzidy współplemieńcami), ubrać w coś innego niż liście palmowe i nauczyć ludzkiej mowy. A wszystko po to, by na siłę go wepchnąć do produkcji w imię poprawności politycznej.
Otóż nie, to nie do końca tak wygląda. Choć może niektórym trudno w to uwierzyć, są kraje, w których „czarni” przychodzą na castingi do seriali na takich samych zasadach jak „nie-czarni”, mogą się zwyczajnie spodobać i dostać rolę, bo jest szansa, że coś fajnego zaprezentują i dobrze tchną życie w postać. Będzie trzeba z tego powodu zmienić bohaterowi kolor skóry, ale spodziewam się, że dla Amerykanów jest to decyzja znacznie mniej dramatyczna, niż dla Polaków

Pewnie część czytelników się obawia, że obecność w obsadzie przedstawicieli mniejszości etnicznych zepsuje klimat książki, ale żadna książka nie ma tak naprawdę jednego klimatu, a tyle klimatów, ilu czytelników. Proza Sapkowskiego została przetłumaczona na wiele języków, trafiła do ludzi w różnych krajach i bardzo bym się zdziwiła, gdyby się okazało, że wszyscy wyobrażali sobie postacie jako absolutnie białe. Sama czytając Murakamiego, nie raz i nie dwa złapałam się na tym, że niektórych bohaterów za diabła nie potrafię zobaczyć jako Azjatów, mimo że na sto procent w książce nimi są. To, co jednych będzie uwierało, innym wyda się całkiem na miejscu.

Wiedźmin został obywatelem świata. Serial powstaje już w odmiennym od naszego kręgu kulturowym i choćby twórcy się bardzo starali, nie unikną „własnych” naleciałości. Co więcej, końcowy efekt pójdzie do ludzi, a oni to wszystko jeszcze raz przemielą przez niezliczoną ilość wizji, kultur i światopoglądów. Im szybciej turbosłowiańscy ultrafani to zrozumieją i się z tym pogodzą, tym większa szansa, że im żyłka pierdząca nie pęknie z oburzenia. Chociaż nie powiem, żeby mi było bardzo żal ich żyłek pierdzących.
Może niektórzy się spodziewali, że teraz cały świat zacznie wokół Polaków skakać i trząść się, jak nad śmierdzącym jajkiem, bo skoro Wiedźmin jest polski, to w sprawie scenariusza i obsady decydujący głos ma mieć polska opinia publiczna. A kiedy się okazało, że to tak nie działa, tychże niektórych rozbolał dół pleców.
Cóż mogę powiedzieć – robię zapasy popcornu w oczekiwaniu na czarnego Jaskra 😀

wiedźmn 2.jpg

Znacznie bardziej zasadnym zarzutem wydaje mi się zbyt młody wiek aktorek, grających czarodziejki. Nawet nie dlatego, że „w książkach/w grach nie wyglądały tak młodo”, bo tu charakteryzacją będzie można pewnie coś zdziałać. Rozumiem też, że twórcy, wybiegając myślą w przyszłość, rozglądali się za dziewczynami, które dadzą radę uciągnąć ładnych parę sezonów, jeśli będzie im dane, i się po drodze nie zestarzeć jakoś spektakularnie (chociażby dlatego nie widziałabym Evy Green w roli Yennefer, na co tyle osób miało nadzieję).
Moja obawa bierze się stąd, że przed aktorkami stoi duże wyzwanie i jeśli mu nie sprostają, będzie nie tyle drętwo, co jeszcze mogłabym przeżyć i ewentualnie spuścić zasłonę milczenia, co po prostu żenująco i niesmacznie.

Czarodziejki są kobietami (czasem aż za) bardzo świadomymi swojej seksualności. Używają jej jako narzędzia do zdobywania władzy, a nieodzownym elementem każdej intrygi są zapasy w pościeli. Rzecz jasna to żadna filozofia nagrać scenę łóżkową. To mi snu z powiek nie spędza, poradzą sobie. Martwi mnie raczej to, co pomiędzy scenami łóżkowymi. Bo czarodziejki są przesycone seksualnością na co dzień. Ona z nich emanuje w sposób naturalny i – co najważniejsze – właściwy dojrzałym kobietom. Jeśli aktorki nie udźwigną swoich ról, efekt będzie obrzydliwy. Dostaniemy dziewczynki, które bawią się w dorosłe i nieudolnie prezentują swoje wdzięki starym dziadom.
Ta wizja sprawia, że skóra mi cierpnie.
Jestem przekonana, że w takim wypadku żadna charakteryzacja nie pomoże, a nawet zaszkodzi, jeśli młodość i niedoświadczenie będą przebijały spod stroju i makijażu.
Jest to wizja najbardziej katastroficzna z możliwych i gdyby ten scenariusz się ziścił, serial nie nadawałby się do oglądania.
Boję się też, że – z uwagi na powyższe – twórcy mogą spróbować odebrać czarodziejkom część powagi, świadomie pójść z ich wizerunkami raczej w stronę dziewczęcości niż kobiecości. Tissaia de Vries będzie grana przez aktorkę wyraźnie starszą niż reszta, jakby dla podkreślenia, że ona jest mistrzynią i mentorką, a pozostałe są jeszcze nie do końca „opierzone”. W książkach podobnej sugestii nie ma. Wiadomo, że Tissaia ma swoje lata, ale wygląda równie młodo, jak inne czarodziejki. Jej skłonność do stosowania eliksirów odmładzających jest wprost podkreślona, więc nie wiem, skąd w serialu ta przepaść wiekowa.
Mam nadzieję, że moje podejrzenia się nie sprawdzą, bo oglądanie trzpiotowatych podlotków knujących i walczących walczących o wpływy, będzie męczarnią, a związki damsko-męskie nadal będą obrzydliwe.

Mimo wszystko staram się nie nastawiać negatywnie. Ostatecznie te młode kobiety są aktorkami, na castingach musiały zrobić dobre wrażenie, będą pracowały ze specjalistami i może finalnie coś z tego będzie.
Chciałabym, bo od początku cieszyłam się na ten serial z tego między innymi powodu, że spodziewałam się postaci z charakterem i relacji międzyludzkich bez lukrowanego pierdu pierdu i żenujących scen. Minął mi już pierwszy szok po tym, jak zobaczyłam całe to domowe przedszkole, i ciągle jestem w stanie wierzyć, że jeszcze wszystko może być dobrze.

wiedźmin 3

Reklamy
Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Jak byłam mała, myślałam, że…

addams 1.jpg

Dobry wieczór! A właściwie średnio dobry, bo jestem chora, mam doła i od kilku dni bardzo źle sypiam. Przypominam coś, co kot przywlókł, w dodatku zaraz wychodzę do pracy. Ale na przekór ogólnemu marazmowi przybywam dziś z czymś na poprawę humoru – mojego i Waszego.
Tak zupełnie bez powodu i kontekstu opowiem dzisiaj o kilku moich pamiętnych przemyśleniach z okresu dzieciństwa.
Na wstępie muszę zaznaczyć, że byłam wyjątkowo pesymistycznie nastawionym do świata gówniakiem. Każde zjawisko, którego nie rozumiałam, interpretowałam w najbardziej przerażający i makabryczny sposób, jaki mógł mi przyjść na myśl. Docierające do mnie w szczątkowej formie informacje na temat „dorosłego” świata, łączyły się w mojej głowie w sposób co najmniej niepokojący i w sumie dobrze, że wówczas nie dzieliłam się moimi wnioskami z otoczeniem, bo gdybym przedstawiła w domu czy przedszkolu/szkole moją wizję świata, pewnie do dzisiaj nie wyszłabym od terapeuty.
Zacznę lajtowo, od skojarzeń i pomyłek właściwych normalnym dzieciom, a spotem przejdę do rzeczy właściwych, cóż – mnie.
A zatem.
Jako dziecko myślałam, że:

5. Geografia fizyczna i polityczna jest równa i sprawiedliwa

Polska to specyficzny kraj. Pod wieloma względami, ale w tej chwili myślę o jej umiejscowieniu na mapie. Z jednej strony morze (duża woda), potem niziny z jeziorami (mniejsza woda), potem coraz wyżej, aż do gór na drugim końcu. A środkiem płynie rzeka.
Gdy pierwszy raz zobaczyłam mapę fizyczną Polski i wytłumaczono mi, co jest czym (jeszcze przed pójściem do szkoły), wspomniana regularność wydała mi się najnaturalniejszą rzeczą na świecie i długo żyłam w przekonaniu, że każdy kraj tak wygląda i że na takiej właśnie zasadzie wyznaczono granice państw.
Jak pierwszy raz zobaczyłam na zdjęciu wysokie skały w pobliżu morza, cały mój świat stanął na głowie. To tak można? Że góry i morze obok siebie? I ziemia się dalej kręci? Tak spokojnie nosi ten wybryk natury?! Potem odkrycie, że niektóre kraje wcale nie mają morza, a inne prawie nie mają gór, a są też takie, które mają właściwie same góry… Aż mnie zatkało z oburzenia na tych złych ludzi, co tak niesprawiedliwie rozlokowano te kraje. Jak dobrze, że akurat Polskę umiejscawiał na mapie ktoś mądry!

4. Wyrażenie „na raty” odnosi się do załatwiania potrzeb fizjologicznych

Kiedy byłam mała, kupowanie rzeczy na raty nie było tak popularne, jak teraz, a już na pewno nie puszczano w telewizji reklam, zawierających to jakże oczywiste dzisiaj słowo. Przez pierwsze lata mojego życia nie miałabym w ogóle szansy go poznać, gdyby nie moja mama, która używała go w jednym, jedynym kontekście. Jak co chwilę biegałam na kibel i złaziłam z niego bez efektu, by za chwilę polecieć ponownie, a dupa nie mogła się zdecydować, czy jej się w końcu chce czy nie, matula mawiała: „A CO TY TAK NA RATY TĘ KUPĘ ROBISZ?”
Byłam święcie przekonana, że wyrażenie „na raty” odnosi się się do kupy, która nie chce wyjść. Była kupa normalna i kupa na raty. To było oczywiste, tak działał świat. I język polski.
Jakież było moje zdziwienie, gdy zaczęłam słyszeć te słowa w przestrzeni publicznej, od dorosłych, poważnych ludzi, a nawet w telewizji. Nie żebym była jakoś szczególnie wstydliwym dzieckiem, ale rodzice (względnie) dobrze mnie wychowali i takie otwarte opowiadanie o problemach z wydalaniem wydało mi się lekką przesadą.

3. Kazachstan to śmiertelna choroba

W małym mieszkaniu, w którym telewizor grał niemal bez przerwy, trzymanie mnie z dala od co poważniejszych programów było niewykonalne. Nie żebym wykazywała nimi szczególne zainteresowanie. Zajmowałam się własnymi sprawami i rodzicom nawet nie przyszło pewnie do głowy, że mogłabym słuchać, ale przecież trudno w ogóle nie słyszeć i nie patrzeć, przebywając w tym samym pokoju, co włączony odbiornik, prawda?
Pamiętam, że najbardziej mrożącym krew w żyłach programem był dla mnie wówczas „Czas na dokument”. Już sama czołówka, pokazująca bezdomnego, wyłaniającego się ze studzienki kanalizacyjnej przy akompaniamencie piskliwo-jękliwej upiornej muzyki jeżyła mi włoski na karku. I to dziwne, niezrozumiałe słowo w jednym z odcinków. Kazachstan. Co to, do diabła, jest Kazachstan? Ponury głos lektora sugerował, że raczej nic dobrego… Nie chciałam oglądać smutnego filmu, ale jednocześnie byłam ciekawa, więc przeszłam przez pokój raz i drugi, żeby „tylko zerknąć”. Na ekranie biedni, wymizerowani, przygnębieni ludzie. I wszystko jasne! Zachorowali na kazachstan!
Jeszcze długo po tym bałam się, że wybuchnie epidemia kazachstanu i wszyscy umrzemy.

2. Podczas stypy zjada się zwłoki

Jako ponure dziecko, zawsze przygotowane na najgorsze, dość szybko oswoiłam się z ideą śmierci. Bardzo wcześnie wiedziałam, że jak człowiek umiera, to pozostaje jego martwe ciało i coś z nim trzeba zrobić. Słyszałam w tym kontekście słowo „pogrzeb”, ale pojawiało się często w towarzystwie tajemniczej „stypy”, która nieodmiennie miała coś wspólnego z posiłkiem.
Jakoś kwestia śmierci i żałoby nie kojarzyła mi się z jedzeniem, raczej wręcz przeciwnie. Jedzenie wydawało mi się zbyt przyziemne, by myśleć o nim w obliczu spraw ostatecznych. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego przy okazji czyjejś śmierci dorośli tak obsesyjnie wracają do tematu obiadu. Wyjaśnienie mogło być tylko jedno – niewątpliwie stypa polegała na tym, że bliscy i znajomi zmarłego spotykali się po to, by go rytualnie zjeść.
Świadoma tego, że stypa odbywa się po pogrzebie, nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na pytanie, po co najpierw zamykać ciało w trumnie i zasypywać po to tylko, żeby za chwilę odkopać i zjeść. Ale kto by tam pojął, co ci dorośli mają w głowach.
Do dziś słowo „stypa” skutecznie odbiera mi apetyt 😉

1. Józef Oleksy został ukrzyżowany

Cały czas jestem zdania, że opowiadanie kilkulatkom obrazowo o męce i śmierci Jezusa jest cokolwiek makabryczne. Sama stanowię tego najlepszy przykład. Od przedszkola zasłuchana w biblijne opowieści i intensywnie nauczana religii przez kolejne katechetki-pasjonatki, pewne rzeczy traktowałam jako oczywistą oczywistość. Na przykład to, że jeśli człowiek postępuje niewłaściwie, to się go przybija do krzyża. A nawet wcale nie musi postąpić niewłaściwie – wystarczy mu tylko coś zarzucić i już można szykować gwoździe i koronę cierniową.
Afera z udziałem Józefa Oleksego przypadła akurat na czas, gdy godziłam się z tą smutną „prawdą”. Oczywiście nie miałam wówczas pojęcia o co chodziło. Wiedziałam tyle, że nazwisko polityka pada w telewizji w sąsiedztwie takich słów jak „wina”, „kara”, czy „sąd”. Żyłam sobie dzień po dniu ze smętną świadomością, że cała Polska dyskutuje o tym, czy ukrzyżować Józefa Oleksego, czy też nie.
Gdy sprawa przycichła i przez jakiś czas nazwisko nie obijało mi się o uszy, byłam pewna, że w końcu to zrobili. Bardzo mnie zdziwiło, gdy się okazało, że jednak nie.
Na szczęście nie przyszło mi do głowy, że mógł, no wiecie, po prostu zmartwychwstać.

Jakby ktoś się zechciał podzielić swoimi teoriami z dzieciństwa, będzie mi miło.
Głównie jeśli się okaże, że nie ja jedna byłam taka spaczona 😉

addams 2.jpg

Opublikowano (nie)ogarniam!, gra(na)ty w mojej głowie | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Team morderca

stalking 2

Miałam niedawno szkolenie w pracy. Takie z kołczem. W ramach szkolenia dostaliśmy ćwiczenie, które miało podnieść jakość naszej komunikacji. Kazano nam wyobrazić sobie sytuację, w której organizujemy akcję ratunkową dla sześciu osób uwięzionych w jaskini pod ziemią. Możemy wyciągać jedną osobę co godzinę, a naszym zadaniem jest ustalić kolejność. Otrzymaliśmy arkusze z „aktami osobowymi” poszczególnych uwięzionych. Na podstawie zawartych tam informacji, mieliśmy dojść do porozumienia.

Wzięłam ten cholerny arkusz bez żadnych złych przeczuć, spodziewając się danych na temat stanu zdrowia, sprawności fizycznej, kondycji psychicznej, wcześniejszych doświadczeń ze stresowymi sytuacjami. Na tej podstawie można by rozmawiać o tym, kto prawdopodobnie zdoła wytrzymać najdłużej, a kto potrzebuje natychmiastowej pomocy.
Spojrzałam zatem na tę kartkę, a tam…

  • Ta kobieta pozostaje w pozamałżeńskiej relacji intymnej.
  • Ta ma bogatego ojca.
  • Ten wynalazł szczepionkę na wściekliznę.
  • Ten tworzy w lokalnej społeczności nowe miejsca pracy.
  • Ten ma problemy z alkoholem.
  • Ten był w takiej to a takiej partii politycznej.

Poza tym: ile kto ma dzieci, czy jest w związku, czym się interesuje…

Okazało się, że nasze rozumowanie nie miało opierać się na logice i faktach, a na emocjach. Mieliśmy ustalić, kto bardziej ZASŁUGUJE na uratowanie.
W moim horyzoncie poznawczym to było ćwiczenie wymyślone przez socjopatów dla socjopatów i tenże pogląd dosadnie wyraziłam. Co mnie zdziwiło, to to, że najwyraźniej byłam w nim odosobniona. Reszta grupy bez moralnych rozterek zabrała się do rozważań, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
Tylko że moi koledzy z pracy nie są socjopatami (przynajmniej statystycznie mało prawdopodobne, by wszyscy nimi byli). Czyli co? To ja jestem przewrażliwiona, czy coś jest nie tak z ogólnie pojętymi granicami w społeczeństwie?

To pytanie wróciło do mnie teraz, pod wpływem lektury książki Caroline Kepnes pod enigmatycznym tytułem „Ty”.
tyCała powieść pisana jest w formie monologu, który bohater, niepozorny księgarz Joe Goldberg, kieruje do swojej ukochanej, Beck. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Goldberg jest psychopatą, stalkerem i mordercą, a Beck przez długi czas nie zdaje sobie w ogóle sprawy z jego obecności w swoim życiu, podczas gdy on coraz bardziej osacza ją i kontroluje.
Dziewczyna, dwudziestoczteroletnia studentka, w oczach bohatera jest chodzącym ideałem, choć w istocie ma sporo problemów ze sobą. Jest uzależniona od bycia w centrum uwagi, uwielbia wzbudzać zainteresowanie, jednocześnie ma problemy z zaangażowaniem i nie potrafi zdecydować, czego właściwie szuka w relacjach z ludźmi.
Jest to jedna z lepszych książek, które przeczytałam ostatnio. Głównie dlatego, że jest w stu procentach odrażająca. Narrator jest do tego stopnia obrzydliwy, że po każdym akapicie miałam ochotę walić go w pysk. Z jednej strony pochłaniałam książkę jak w amoku, z drugiej, gdy odłożyłam ją na chwilę, miałam opory, żeby wrócić, bo pokrętna logika psychopaty i jego zadufanie w sobie, odrzucały mnie na kilometr.
Po dziesiątkach bohaterów tworzonych na siłę, specjalnie tak, żeby czytelnik ich polubił, paskudny do szpiku kości Joe był dla mnie odmianą. Powiedziałabym, że miłą, ale to nie jest dobre słowo 😉

Po lekturze zajrzałam sobie na Lubimy Czytać, by zobaczyć, jak też inni znieśli siedzenie przez 400 stron w głowie tak obmierzłej, pozbawionej jakichkolwiek zalet postaci.
I doznałam wstrząsu.
(Cytaty, o zgrozo, pochodzą z różnych komentarzy, nie z jednego. Pisownia oryginalna.)

Caroline Kepnes sprawiła, że ​​jej główny bohater to misternie nakreślony beznadziejnie romantyczny prześladowca, którego jedynym celem jest uszczęśliwić wybrankę. Mimo oczywistych wad – postać Joego jest zniewalająca i nosi tę powieść.

Jaki? Romantyczny? Zniewala… CO, KURWA?!

W miarę jak Joe dowiaduje się więcej na temat Beck i jej dziwactw – dzwonki alarmowe zaczynają dzwonić, bo Beck wcale nie jest aniołem. To kapryśna i egocentryczna manipulatorka, która zachęca a jednocześnie odpycha wtedy, gdy coś jest nie jest dla niej korzystne.

Ahaa… Prześladowca i wielokrotny morderca jest zniewalający, a pogubiona w życiu, popełniająca normalne ludzkie błędy dziewczyna jest kapryśna i egocentryczna. To logiczne.

Z jednej strony jestem całkowicie świadoma, że Joe Goldberg to owładnięty obsesją mężczyzna, któremu jest daleko do, chociażby, częściowego zdrowia psychicznego, ale wywołuje również pozytywne uczucia. Momentami naprawdę go lubiłam i chciałam żeby udało mu się spotkać i bliżej poznać Beck.

No koniecznie powinien ją poznać. Koniecznie. Na pewno nie zniszczy jej życia, nie zrobi krzywdy. Bo przecież wywołuje takie pozytywne odczucia.

Zakręcona, wręcz maniakalna książka opowiedziana oczami psychopaty…
Choć jego wybranka wcale nie lepsza.

Ośmielę się zaryzykować stwierdzenie, że jednak może nieco lepsza. Nie wiem, na przykład… nie zamordowała co najmniej czterech osób? Nie włamuje się nikomu do mieszkania i nie kradnie rzeczy? Nie gwałci prywatności na każdy możliwy sposób?

Caroline Kepnes z dużą lekkością wciąga czytelnika w tę zawiłą historię. Bądź, co bądź ukazuje sedno miłości, poszukiwanie bliskości i otoczenie ukochanej kokonem czułości, spełnieniem jej wszelkich pragnień.

SEDNO. MIŁOŚCI. SERIO?!

Zmroziło mnie. Poważnie. Do szpiku kości. Mam wrażenie, że niektórzy recenzenci bardziej współczują psychopacie niż jego ofierze. Bo on jest taki ujmujący, zabawny, ROMANTYCZNY, zgoła r o z c z u l a j ą c y, a ona, ta zła ona, manipuluje, zdradza, sama nie wie, czego chce.

stalking 3

Może chodzi o to, że to tylko książka? Czytelnicy mogą sobie „bezpiecznie” czuć sympatię do psychopaty, bo psychopata jest fikcyjny. Ale jednak nie daje mi spokoju myśl, że są ludzie, którzy naprawdę dopatrzyli się w postępowaniu Joego czegoś uroczego.
Są tacy, którzy całkiem poważnie wyrażają pogląd, że Walter White z Breaking Bad wszystko robił z myślą o rodzinie i żona nie powinna była mu przeszkadzać.
Cała masa widzów kibicuje Dexterowi Morganowi, bo przecież on zabija „tylko” złych ludzi, więc gdzie tu problem?
Kiedyś na jakimś forum natrafiłam na temat „Co byś zrobił, gdybyś otrzymał Death Note?” Pomyślałam, że to jakiś żart. No bo co można zrobić? Przecież gdyby coś takiego istniało, należałoby to jak najszybciej zniszczyć! Weszłam w wątek. I co? „Zabijałbym tylko najgroźniejszych przestępców”, „Przywróciłbym sprawiedliwość na świecie”. I tak dalej, i tak dalej…
Pewnie można mówić, że to tylko ćwiczenie na szkoleniu, tylko książka, tylko film, tylko hipotetyczna sytuacja.
Ale reakcje ludzi są całkiem prawdziwe i realne. Oni tak na poważnie.

Często ci, którzy dopiero mnie poznają i dowiadują się o moim zainteresowaniu mordercami, kryminalistyką, psychologią sądową, reagują słowami: „Ja się ciebie boję!”
Nie, kurwa, to ja się boję!
Mogę sobie lubić czytać o mordercach, ale bynajmniej nie lubię morderców. Nie znajduję dla nich usprawiedliwień. Nawet dla tych fikcyjnych. Nawet, jeśli są „sympatyczni”. Mogę poznawać ich losy z zainteresowaniem, mogę doceniać kreacje bohaterów, ale nigdy nie stwierdzę, że na jakimkolwiek poziomie postępują s ł u s z n i e.
Mordercy mordują ludzi. A nie należy, kurwa, mordować ludzi.

stalking1.jpg

Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 3 Komentarze

Zbrodnia to (nie aż tak bardzo) niesłychana, czyli domestic noir okiem marudy

Film/ Girl on the Train

Podgatunek thrillera określany jako domestic noir poznałam w sposób najbardziej sztampowy z możliwych, a mianowicie przez „Dziewczynę z pociągu”, która, swoją drogą, spodobała mi się bardzo umiarkowanie, tak eufemistycznie mówiąc. Mimo tego postanowiłam dać szansę równie osławionej „Zaginionej dziewczynie” (tak, tak, jeszcze więcej banału i łapania się na szum medialny – jestem podatna, cóż począć). No i wsiąkłam.

Sam pomysł, by kryminalną intrygę spleść nierozerwalnie z prywatnym życiem i mrocznymi tajemnicami garstki pozornie zwyczajnych bohaterów wydał mi się bardzo ciekawy i chciałam poznać różne sposoby realizacji takiego założenia fabularnego. Okazało się, że te różne sposoby nie są wcale różne, tylko na ogół dokładnie takie same. Po kilku pozycjach dałam sobie spokój, bo ileż można wałkować jeden szablon.
Teraz wróciłam do tematu, ponieważ poważnie rozważam zmierzenie się z domestic noir w ramach tegorocznej edycji NaNoWriMo. Już nie przeszkadza mi tak bardzo, że podgatunek jest schematyczny i oklepany. Miałam z tym znacznie większy problem, kiedy czytałam dla zagadki i dreszczyku emocji. W tej chwili natomiast przygotowuję się do pisania – rozkładam na czynniki pierwsze wszystkie te schematy i zastanawiam się, które z nich chciałabym zaadaptować na swoje potrzeby, które zamierzam olać, a które postawić na głowie. Przyznam, że bawię się znacznie lepiej niż wtedy, gdy miałam jakieś oczekiwania względem lektury.
Wniosek: nie mieć oczekiwań.

Odprysk thrillera, jakim jest domestic noir, powstał na gruncie idei feministycznych. Narodził się z niezgody na przemoc domową i z potrzeby nagłaśniania zjawiska. Autorki (autorzy też bywają, ale znacznie rzadziej) za pomocą swoich książek przedstawiają bardzo konkretny problem. I choć idea jest szczytna, to ja tu widzę sprzeczność interesów.
Tego rodzaju literatura, może być albo społecznie zaangażowana, albo wciągająca. Nie da się w tym wypadku zjeść ciastka i mieć ciastka. Zacięcie autorek do uświadamiania czytelników w kwestii przemocy w rodzinie wysysa z opowieści całe napięcie, bo przecież od razu wiadomo, kto okaże się tym złym (albo przynajmniej tym gorszym, w przypadkach gdy i kobieta ma swoje za uszami). Niestety zbyt wiele bohaterek tego rodzaju tekstów to nudne, do bólu ugrzecznione mimozy, niewinne jako ta lilija biała, z których źli mężowie robią wariatki przed otoczeniem. Nawet jeśli zdarzy się tym kobietom postąpić nie tak, jak powinny, to i tak wina złego męża, no bo mógł, cóż, nie być zły.
Jeśli bohaterki mają jakieś podejrzenia, to prawdopodobnie słusznie. Jeśli wszyscy dookoła mają je za szajbnięte, to prawdopodobnie niesłusznie. Ich wersja na ogół okazuje się prawdziwa, albo co najmniej najbliższa prawdy, bo w tym typie literatury to kobieta jest pokrzywdzoną i racja musi być po jej stronie.
Mimo że jestem szalenie postępowa i zgadzam się z jakże wywrotowym poglądem, że nie wolno się znęcać nad żoną, to jednak przekazywanie tej ważnej nauki za pomocą książek rozrywkowo-zagadkowych rujnuje intrygę.

2 — kopia

Kiedy sięgnęłam po nieco więcej pozycji, ku swojej radości odkryłam jednak, że – jak dobrze pogrzebać – to i mordercze kobiety da się znaleźć w domestic noir! Przyznam, że zdecydowanie wolę takie kreacje, niż te przewidywalne i mdłe ofiary. Ale i tu napotykam problem. Większość tych niebezpiecznych kobiet – stalkerek, porywaczek, szantażystek – to osoby chore. Nie perfidne, złe, ze skłonnością do przemocy, ale właśnie chore, skrzywdzone w przeszłości, straumatyzowane i nieszczęśliwe. Oczywiście nie odmawiam temu zabiegowi wiarygodności. Ciężkie przejścia zawsze pozostawiają ślad na psychice, ale jednak gdy złym złolem jest facet, nikt mu jakoś nie dorabia łzawej historii.
Rzecz jasna dziewczęta są bardziej narażone na presję społeczną i różne przejawy przemocy. Wydaje się, że łatwiej je „skrzywić” (co niekoniecznie musi być prawdą – większość seryjnych zabójców to mężczyźni i niektórzy są tak posrani, że głowa mała, a źródła ich zaburzeń leżą właśnie w dzieciństwie i młodości), ale czy kobieta, bohaterka książki, nie może być po prostu, kurna, zła? A jeśli już przejawia zaburzenia, to czy nie mogłaby być w związku z tym przerażająca? Mężczyzna – oprawca i socjopata – wywołuje przerażenie, obrzydzenie i słuszny gniew, że Matka Ziemia w ogóle takie ścierwo nosi. A kobieta? Choćby wyrżnęła średnią wioskę, to przecież trzeba spróbować ją zrozumieć, ona dużo przeszła.
Nie bardzo wiem, skąd to się bierze. Czyżby jakiś rodzaj politycznej poprawności? Skoro kobiety są powszechnie dyskryminowane, to chociaż w literaturze im odpuśćmy? Każda negatywnie przedstawiona kobieta to krok w stronę patriarchatu i ciemnoty?
Trochę tak to widzę, prawdę mówiąc, i wcale mi się to nie podoba. Przecież wykreowanie w książce antagonistki z prawdziwego zdarzenia nie jest równoznaczne z deklaracją: „uważam, że wszystkie kobiety są z gruntu złe”. Tyle było swego czasu krzyku, że w książkach mało jest silnych, niezależnych i samodzielnych bohaterek. No to w końcu wyroiło się ich tyle, że po kokardę mam. Co jedna, to silniejsza. Za to „te złe” nadal pozostają godne współczucia i na każdym kroku są, jeśli nawet nie usprawiedliwiane, to na pewno „uczłowieczane”, żeby czytelnik ani na chwilę nie zapomniał, jak im smutno i jak cierpią.

A cierpią, bo nie mają dzieci.
Litości! To już jest tak nudne i tak przemiędlone na wszystkie strony, że chociaż czytając riserczowo wnerwiam się znacznie mniej niż czytając normalnie, to jednak ten wątek cholernie podnosi mi ciśnienie. Nie żeby sam w sobie był zły, ale został powielony już tyle razy, że zwyczajnie nie potrafię poważnie traktować kolejnej książki, w której autorka bezmyślnie klepie to samo, co pięć czy dziesięć innych naklepało przed nią.
Na tę chwilę doliczyłam się dwudziestu trzech książek z tego podgatunku, które przeczytałam i pamiętam, że przeczytałam (bo mogą być też jakieś czytane dawniej, które mi umknęły). W części z nich występowały kobiety niezrównoważone i niebezpieczne, ale tylko w dwóch przypadkach ich zaburzenia nie miały nic wspólnego z niemożnością urodzenia dziecka. Pozostałe nic tylko porywają dzieci, obserwują dzieci, snują plany okrutnej zemsty na kobietach, które mają dzieci…
Nawet do bycia psychopatką potrzeba instynktu macierzyńskiego?!
Możliwe, że ciążą i dziećmi po prostu dobrze gra się na emocjach. Tylko że akurat nie na moich.
Pewnie przesadzam i nadinterpretuję, ale mam wrażenie, jakby gdzieś złotymi zgłoskami zostało wyryte, że „KOBIETA BEZDZIETNA/BEZPŁODNA TO NAJLEPSZY MATERIAŁ NA WARIATKĘ!”.

3

Może powinnam na to spojrzeć z innej strony, uznać, że w tego rodzaju książkach po prostu uwypukla się ogrom tragedii, jaką niewątpliwie jest niemożliwe do zrealizowania pragnienie posiadania dziecka. Ale nie mogę. Nie pozwala mi na to rozdrażnienie wynikające z faktu, że dla autorek, a i pewnie dla czytelników sięgających po kolejną pozycję, to taka oczywista oczywistość. „A, no jasne, ta nie ma dziecka i będzie tę drugą śledziła, żeby jej ukraść, wiadomo”. Opisywane sytuacje są do siebie bardzo podobne, motywacje bohaterek niemal identyczne i nie mam wcale wrażenia, że autorki obrazują tragedię, a raczej że wciskają szablon, który się dobrze sprzedaje.

Żeby nie było niedopowiedzeń – tak, jestem w pełni świadoma, że od samego początku brzmię, jakby mnie podgatunek domestic noir niezwykle mierził. I tak, można w świetle tego zapytywać, czy naprawdę chce pisać coś, do czego nie mam przekonania i w czym znajduję tyle „wad”. Ale owszem, chcę, i co mi kto zrobi? 😀
A poważnie, to – jak napisałam na wstępie – podoba mi się pomysł na taki rodzaj thrillera. Przyjemnie czyta mi się te książki. Nawet, jeśli się wkurzam, to i tak lubię, leżąc sobie wygodnie na kanapie, penetrować prywatność mniej lub bardziej niezrównoważonych bohaterów. Im mocniej mają odklejone, tym lepiej i straszniej.
A to, że w większości tych historii coś mi zgrzyta? Po to właśnie sobie uświadamiam, co to takiego i dlaczego, żebym mogła tego uniknąć, tworząc własny tekst, w myśl starożytnej mądrości: „Jak się nie podoba, to zrup lepij!”
A zrupię! Nie wiem, czy lepij, ale na pewno po swojemu. Nie obiecam, że nie będzie żadnych kobiet w ciąży, złych mężów i zdradzanych żon, ale wierze, że dzięki uświadomieniu sobie tego wszystkiego, o czym pisałam wyżej i ustosunkowaniu się do najczęściej powielanych schematów, będą to moje kobiety w ciąży, moi źli mężowie i moje zdradzane żony. Po wszystkie narzędzia sięgnę świadomie i poprowadzę tę mniej lub bardziej zwyrodniałą gromadkę własną literacką drogą.
Wniosek: warto być marudą.

4

Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny, wylęgarnia (po)tworów | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

W poszukiwaniu zbrodni doskonałej V – intryga

1

No i znowu się zacięłam. Pomysły na teksty czekają, a tu został mi jeszcze jeden wpis z serii i, jak na złość, jakoś do tej pory nie miałam do niego serca. Postanowiłam się nie zmuszać, bo i po co? Wszak długie przestoje to na moim blogu stan normalny. Dopiero jak zacznę publikować regularnie, można się zaczęć niepokoić i dzwonić po egzorcystę ;P No ale nastroiłam się, dojrzałam, i niniejszym zamykam tym tekstem cykl o moim posranym podejściu do kryminałów.
W poprzednich częściach powiedziałam tak naprawdę już większość tego, co powiedzieć chciałam. Rozwodziłam się nad klimatem tekstu, nad strachem i niepokojem, które dobry kryminał powinien wzbudzać, opowiedziałam trochę o tych dobrych, trochę o tych złych.
Pozostała mi jeszcze tylko rzecz, która wszystkie te elementy spaja, a mianowicie intryga.

2 blog

Ja niewątpliwie jestem człowiekiem zboczonym, skrzywionym psychicznie i skazanym na wieczne niezadowolenie, jeśli chodzi o książkowe fabuły.
A wszystkiemu winny Harry Potter.
Tak, on właśnie, a raczej autorka, przez którą stosunkowo wcześnie nabrałam nierealistycznych oczekiwań.
Przed zachłyśnięciem się serią o Harrym Potterze nie czytałam książek, w których intryga, mylenie tropów, czy gra z czytelnikiem odgrywałyby ważną rolę. Po latach spędzonych nad prozą obyczajową dla dziewcząt, sięgnęłam po Pottera i JEB! wpadłam na łeb na szyję do misternie skonstruowanego świata, w którym wszystko łączyło się ze sobą w (choćby pozornie) logiczny sposób, wątki i postacie wprowadzane były w jakimś celu, a ukryte na widoku informacje, traktowane po prostu jako element tła, okazywały się mieć kluczowe znaczenie.
Myślałam, że w książkach, których głównym motywem jest rozwiązywanie tajemnic, coś takiego stanowi normę.
Ale nie stanowi.

MORDERCZY OBYCZAJ

Kryminały z wątkiem obyczajowym wyrastają aktualnie jak grzyby po deszczu i nie mam zupełnie nic przeciwko temu. Czasem tylko zastanawiam się, czy w większości przypadków nie są to czasem powieści obyczajowe z wątkiem kryminalnym. Nie żeby było w takich coś złego, też mogą być ok, ale może by tak nazwać rzeczy po imieniu, żebym była świadoma, za co się biorę?
Bo jest pewna różnica między kryminalną intrygą z prawdziwego zdarzenia, a opisem rozmaitych przejawów ludzkiej słabości i podłości, niepowiązanych zwykle wcale z walającymi się gdzieś po fabule zwłokami.
Mam wtedy zawsze ból dupy, kiedy przychodzi do zakończenia i okazuje się, że większość wątków była tylko po to żeby czymś książkę zapchać, a przy okazji skołować czytelnika-idiotę i odwrócić jego uwagę elementami, niemającymi dla fabuły żadnego znaczenia. Ha! Niech sobie debil myśli, że to jest ważne, a tak naprawdę to nie jest!
Sprytne, doprawdy.
Wspomniałam gdzieś wcześniej, że dość intensywnie ciskałam o ścianę „Norą” Katarzyny Puzyńskiej. Metaforycznie ciskałam. Fizycznie nie robię książkom takich rzeczy, o ile nie są licealnym podręcznikiem do historii nowożytnej. Tu sobie wyjątkowo pozwolę na mały spoiler w ramach przykładu. Odnośnie do „Nory”, rzecz jasna, nie podręcznika do historii. Dostajemy mianowicie tytułowa bohaterkę, osobę niekoniecznie może sympatyczną, ale na pewno ciekawą, śledzimy uważnie jej biografię, obserwujemy jej pogmatwane relacje z ludźmi, zastanawiamy się, co z tego wszystkiego wyniknie, ale nic nie wyniknie, bo ostatecznie jej biografia ma minimalny wpływ na całą fabułę. W świetle rozwiązania, jakie serwuje autorka, to, kim była Nora i jaka była, jest niemal zupełnie nieistotne. Kluczowa sytuacja sprowadza się do tego, że bohaterka znalazła się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. I gdyby zamiast niej była tam jakakolwiek inna osoba, fabuła wciąż mogłaby się potoczyć według dokładnie tego samego zamysłu. To wszystko, czego dowiadujemy się o Norze, jest ciekawe z punktu widzenia powieści obyczajowej, ale całkowicie zbędne, jeśli chodzi o intrygę kryminalną.
Zdecydowanie wolę, jeśli w kryminale nic nie dzieje się bez sensu i obok fabuły, a wątki na koniec splatają się w całość, a nie rozjeżdżają we wszystkie strony świata. I oczywiście jestem świadoma, że w prawdziwym życiu śledztwa nie kończą się w ten sposób, ale jakbym chciała prawdziwego życia, poczytałabym sobie gazetę.

KŁĘBEK PRZED NOSEM

Klasyczna konstrukcja powieści kryminalnej zakłada żmudne badanie tropów prowadzących do wykrycia zbrodniarza. Na ogół wygląda to tak, że śledczy, badając sprawę, trafiają na COŚ. Potem trafiają na inne COŚ, potem a kolejne. Na koniec natomiast wpasowują wszystkie znalezione COSIE w odpowiednie miejsca, by rekonstrukcja przestępstwa trzymała się kupy. Bohaterowie wiedzą, kiedy trafiają na ważnego COSIA – zwracają uwagę na dziwny ślad, odnotowują w pamięci ważne zaznanie, odnajdują w dokumentach szokujące informacje itd. Świadomie zbierają te ślady, a czytelnik zbiera je wraz z nimi i, jak dobrze pomyśli, z łatwością poskleja sobie całość szybciej niż książkowi śledczy.
Dlatego bardzo sobie cenię zabieg, polegający na tym, by oprócz informacji w postaci wyeksponowanych COSIÓW porozrzucać także istotne fakty tu i tam po fabule, podając je jako oczywistości, które odbiorca po prostu przyjmuje i nie zatrzymuje się nad nimi. Fajnie jest idąc po nitce do kłębka zorientować się, że miało się ten kłębek, a przynajmniej jego część, cały czas przed nosem. Ja się czuję wtedy bardzo dobrze potraktowana jako czytelnik i miło mi, że autor zechciał się wysilić i pokombinować dla mnie. Mówię „wysilić” nie bez powodu. Zdaję sobie sprawę, że rozsiewanie nieoczywistych tropów tak, żeby to zgrabnie wyszło, jest cholernie trudne. Sama próbuję – na razie z raczej marnym skutkiem, ale się uczę 😉

RACHUNEK NIEPRAWDOPODOBIEŃSTWA

Jestem chyba ostatnią osobą, która by się upierała, że fabularna książka, służąca głównie rozrywce, powinna jeden do jednego odzwierciedlać realia. Nie mam nic przeciwko naciąganiu pewnych zachowań, upraszczania policyjnych procedur, ubarwianiu sposobów prowadzenia śledztwa. Nie traktuję kryminałów jako podręczników dla organów ścigania. Licentia poetica i do przodu.
Aczkolwiek wyjątkowo bezsensowne i nielogiczne posunięcia autora wpływają źle na całą intrygę. Mam wtedy wrażenie, że twórca idzie po linii najmniejszego oporu i nie mogę się zdecydować, czy robi debila z siebie, czy ze mnie.
Weźmy takiego Robina Cooka. Po całkiem pozytywnych doświadczeniach z prozą Tess Gerritsen poczułam niedobór thrillerów medycznych w moim życiu, w związku z czym sięgnęłam po „Oślepienie”, a tam… Policjant i lekarka przy drinku bez skrępowania dzielą się tajemnicami zawodowymi, rzucając nazwiskami na lewo i prawo, po czym policjant udaje się do szefa mafii i spokojnie mu wyjaśnia, czego się o nim dowiedział i od kogo. Przez całą książkę takie zachowania traktowane są zupełnie normalnie, bohaterowie nie mają poczucia, że robią coś dziwnego i niewłaściwego.
Wydaje się, że autor zwyczajnie nie miał pomysłu, jak jego bohaterowie mogliby zdobyć informacje potrzebne do ruszenia fabuły z miejsca. Kazał im dzielić się wiedzą między sobą tak długo, póki nie miał pewności, że już każdy rozkminił to, czego potrzebował i zyskał solidną podstawę do działania.
Nie dość, że coś takiego całkowicie pozbawia intrygę wiarygodności, to jeszcze czyni ją mdłą i skleconą na odwal się.
Jeszcze bardziej szokujący przykład zepsucia intrygi kompletnym brakiem jakiegokolwiek prawdopodobieństwa pochodzi z naszego podwórka. Według autora członkowie najbliższej rodziny (ojciec, matka, dzieci) mogą rozjechać się w różne strony kraju, zmienić tożsamość (wszyscy!), po kilku latach zebrać się ponownie w jednym miejscu, popełnić zbrodnię i żodyn, ŻODYN! nie znajdzie między nimi powiązań (aż do końca książki, kiedy to wybitnie inteligentny protagonista cudem jakimś wreszcie znajdzie). Nie powiem, co to za dzieło, ale zapewniam, że to kuriozum istnieje, w dodatku jest, z niezrozumiałych dla mnie przyczyn, całkiem wysoko oceniane.
To jasne, że bohaterowie mogą się mylić, coś przeoczyć, a nawet być kretynami, bo kto im zabroni, ale w tym wypadku autor zafundował im wszystkim całkowitą ślepotę i umysłowe zaćmienie. I nic dziwnego. Gdyby pozwolił im myśleć, bardzo szybko zepsuli by mu jakże misterny plan.

3

I to już wszystko.
Cały powyższy słowotok sprowadza się do tego, że intryga, by zdobyć moje serce powinna:
– pozwolić na zgrabne połączenie wszystkich wątków,
– uwzględniać zarówno wskazówki jawnie będące wskazówkami, jak i te „ukryte na widoku”,
– być logiczna.
Tylko tyle i aż tyle.

Mam nadzieję, że w ostatnich pięciu tekstach dostatecznie wyczerpująco opowiedziałam o moim postrzeganiu literatury kryminalnej. Od dawna chciałam to zrobić i cieszę się, że w końcu się udało.
Kuba po lekturze stwierdził, że to wszystko brzmi, jakbym wcale nie lubiła kryminałów. Ale ja przecież nigdzie nie powiedziałam, że je lubię, prawda? 😉
Ale istnieją przesłanki wskazujące na to, że mogłabym polubić. Wszystko przede mną. Wciąż szukam kryminału idealnego. A jak nie znajdę, to sama go sobie napiszę.

Licentia poetica i do przodu!

4

Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny, wylęgarnia (po)tworów | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

W poszukiwaniu zbrodni doskonałej – część IV – morderca

blog morderca 1

Tym razem krótko, tak, jak obiecałam. A przynajmniej krócej niż ostatnio. Zwięźlej. Konkretniej. W końcu.

Chciałabym chwilę poświęcić tym, dla których tak naprawdę czytamy te wszystkie kryminały, bez których żadna kryminalna fabuła nie miałaby racji bytu – czyli oczywiście mordercom. W końcu im się też coś należy, nie?
Nie jest łatwo napisać dobrego mordercę. Wiem, co mówię, od dwóch lat próbuję. Istne szaleństwo, bo piszę nie jeden, a dwa długie teksty ze zbrodnią jako motywem przewodnim. I w jednym i w drugim przypadku mam wrażenie, że zbrodniarz jest tak oczywisty, że równie dobrze mógłby w którejś scenie pomachać ręką i zawołać: „Ej, czytelnicy, to ja!”

Morderca jest elementem, nad którym zastanawiałam się najdłużej przed rozpoczęciem pisania. Wiadomo, gdyby czytelnik odkrył go za wcześnie, nie miałby radochy z lektury, a znów jeśli nie zostawię żadnych tropów i nie dam odbiorcom szansy zgadnąć, poczują się oszukani.
Siadłam zatem na rzyci i dokonałam czytelniczego rachunku sumienia. Z jakimi mordercami stykałam się do tej pory w literaturze? Czy podobały mi się kreacje tych postaci? Co wpływało na moją ocenę?
Odkryłam z przerażeniem, że mam cholernie dużo do zarzucenia książkowym zbrodniarzom. Także w powieściach, które same w sobie mi się podobały. Wniosek, że zabójca to najsłabszy punkt większości kryminałów nieco mnie dobił, nie powiem.
Żeby poukładać sobie w głowie to i owo, wypunktowałam rzeczy, które najbardziej psują mi radość z obcowania z mordercą (jak to brzmi! :D). Celowo nie podaję konkretnych przykładów, żeby uniknąć spoilerów. Można czytać spokojnie.

No to sru!

1. MORDERCA Z DUPY

Jeden z najgorszych, moim zdaniem, typów powieściowego mordercy. Mamy z nim do czynienia w sytuacji, gdy fabuła rozkręca się w najlepsze, pojawiają się wciąż nowe ślady, nowi podejrzani, wszystko nabiera tempa, by doprowadzić do… kogoś, kto się w ogóle wcześniej w książce nie pojawił.
Być może mniej by to przeszkadzało tym, którzy nad skomplikowaną intrygę przedkładają rzetelny opis policyjnej pracy. Ostatecznie przynajmniej część tego typu książek to całkiem przyzwoite pozycje. Pokazują, jak powoli, żmudnie, trop za tropem śledczy zbierają informację, prowadzące do sprawcy. Jeśli tak na to spojrzeć, wszystko nawet trzyma się kupy – rzetelnie przeprowadzone dochodzenie pozwoli na wykrycie nawet takich morderców, którzy nie lezą w oczy stróżom prawa, nie prowadzą z nimi wyrafinowanej gry, tylko siedzą przyczajeni i myślą, że są nieuchwytni.
Tylko że ja akurat na to w ten sposób nie patrzę i tego rozwiązania nie lubię. Wolę, jeśli mordercą okazuje się ktoś, kto się jednak wcześniej w książce pojawił.

2. MORDERCA OBOK FABUŁY

W tym przypadku sprawca owszem, gdzieś tam na kartach powieści przemyka, ale nie ma nic wspólnego z opisywaną historią (albo historiami).
Już wyjaśniam. Chodzi mi o powieści, w których autorzy rozwijają wiele wątków, wszyscy bohaterowie przy okazji śledztwa piorą swoje brudy, okazuje się, że niejeden ma coś na sumieniu, tylko że to coś nijak się nie wiąże ze sprawą zabójstwa. Bohaterowie znaleźli się w kręgu zainteresowania policji, bo znali ofiarę, albo byli w pobliżu miejsca zbrodni. Na przesłuchaniach kłamią, bo chociaż nie mają związku z morderstwem, chcą ukryć inne swoje mroczne sprawki. I tak śledczy kręcą się w kółko, co jakiś czas następuje zwrot akcji, czyjeś kolejne świństwo wychodzi na jaw, ja zachodzę w głowę, jak też autor to wszystko połączy w spójną całość…
A autor wcale nie zamierza.
Na koniec, gdy jakimś cudem udaje się ująć mordercę, jego motyw zostaje przedstawiony w kilku zdaniach. Okazuje się, że jest kompletnie oderwany od tego wszystkiego, czego w trakcie lektury dowiedzieliśmy się o innych postaciach.

blog morderca 2

Właściwie nie ma co mieć do autorów pretensji za to, że tworzą morderców trzymających się na uboczu i nie eksponują ich historii. Ostatecznie im więcej powiedzą, tym więcej potencjalnych wskazówek zostawią, a przecież każdemu zależy, żeby czytelnik nie domyślił się za szybko. Jeśli tropy są uczciwie rozrzucane po książce, a odbiorca trochę pomyśli, to pewnie zgadnie. Ale nie tylko to pomaga wykryć powieściowego sprawcę. Czasem spotykamy…

3. …MORDERCĘ WALĄCEGO PO OCZACH

Nie w dosłownym znaczeniu, oczywiście. Mam na myśli to, że jego „mordercowatość” jest oczywista niemal od pierwszych stron. To jest to, czego ja sama się u moich morderców bardzo obawiam. Autor, siłą rzeczy, wie, kto jest sprawcą i często, prawdopodobnie nieświadomie, umieszcza w książce niepożądane podpowiedzi. Zdwajam czujność zawsze kiedy:

a) bohater jest zbyt miły – kiedyś zrobię eksperyment i policzę, jak wiele postaci, które ostatecznie okazywały się zbrodniarzami, na wstępie zostało opisanych słowem „sympatyczny/a”. Pewnie przedstawienie mordercy jako miłego gościa ma uśpić czujność czytelnika, ale u mnie od razu włącza alarmowy dzwonek. W drugą stronę też to działa. Jeśli ktoś o d początku jest wyjątkowym bucem, to prawdopodobnie zabójcą się nie okaże. Nie wiem, czemu buce nie mogą być zabójcami i czy to nie jest przypadkiem jakiś rodzaj dyskryminacji.

b) bohater zdaje się niewinny jako ta lilija biała – postać wykluczona z kręgu podejrzanych na samym początku, pod koniec z dużym prawdopodobieństwem w chwale do niego powróci. Okaże się, że jej żelazne alibi nie jest wcale takie żelazne, ewentualna niepełnosprawność udawana, lub nie tak ciężka, jak się wydawało. Nagle znajdzie się silny motyw i nawet, jeśli bohater faktycznie nie zabił osobiście, może okazać się wspólnikiem lub nawet mózgiem całej operacji.

c) istnieje podejrzenie, że bohater nie jest tym, za kogo się podaje – bardzo częste zagranie w kryminałach, nawet tych, dziejących się współcześnie w rozwiniętych krajach. Można by pomyśleć, że nie ma na świecie nic prostszego od zmiany tożsamości. Jeśli w retrospekcjach pojawia się jakaś intrygująca jednostka, a w dziejącej się współcześnie akcji jej nie ma, to całkiem niewykluczone, że tak naprawdę jest, tylko pod innym nazwiskiem. Czasem wystarczy dopasować płeć i wiek i już mamy odpowiedź. Nie zawsze oczywiście ktoś taki musi być zaraz mordercą. Ale może.

Dla niektórych autorów sposobem na ukrycie mordercy wydaje się być upchnięcie go w tłumie. Duża liczba postaci to zawsze ryzyko, a w kryminale, jeśli przegnie się pałę, może powstać potworek w postaci…

4. …MORDERCY BEZ POLOTU

Morderca bez polotu jest wtedy, gdy autor powoła do życia mnóstwo słabo zarysowanych i nieszczególnie różniących się między sobą bohaterów, śledczy podejrzewaną zgoła wszystkich, bo każdy miał motyw i sposobność, a na koniec okazuje się, że to, uwaga, uwaga… faktycznie jeden z podejrzanych.
W tego rodzaju książkach z każdej strony wyskakuje na mnie kolejny potencjalny sprawca i kolejny motyw. W pewnym momencie przesyt sprawia, że zupełnie obojętnieję i mam gdzieś, kto zabił. Kandydaci na mordercę zaczynają mi się zlewać, wszyscy są podobni, wszyscy mieli podobne powody, by dokonać zbrodni…
Jeśli o to chodzi, najgorszy jest chyba motyw ekonomiczny. Przynajmniej dla mnie. Kiedy w grę wchodzi duża forsa, firmy, spółki, ważne stanowiska, to kompletnie nie widzę różnicy między jedną chciwą mendą, a drugą chciwą mendą i kolejnymi chciwymi mendami aż do wyczerpania zapasów. A także całkowicie mi lata, która z nich zabiła.
Nie lubię, jak mi lata. Wolę, żeby mi nie latało.

Czy zatem po tych wszystkich rozważaniach znalazłam przepis, jak napisać dobrego mordercę?
Nie.
Nawet jeśli wiem, czego jako czytelnik nie lubię i we własnym pisaniu wolałabym unikać, to jestem boleśnie świadoma, że łatwiej powiedzieć niż zrobić.
Czy znalazłam jakąkolwiek książkę, którą mogłabym w tej kwestii uznać za wzorcową, by móc powiedzieć sobie „O, tak, właśnie, do czegoś podobnego dążę!”
Cóż. Nie.
Nadal tak naprawdę nie znam żadnego dobrego przykładu ukrycia mordercy na widoku, wpasowania go w całą fabułę, tak, żeby nie wydawał się wtłoczony tam na siłę. Przecież on powinien być siłą napędowa i jądrem historii, a nie pretekstem do zaprezentowania wszystkich i wszystkiego dookoła, mimo braku związku z morderstwem.
Pierwszą książką, która przychodzi mi do głowy, gdybym koniecznie musiała wybrać, jest „Zwierciadło pęka w odłamków stos” Agathy Christie. Pewna przewidywalność nie zmienia faktu, że każda okoliczność ma w tej opowieści znaczenie – od niezobowiązujących rozmów na przyjęciu, poprzez dekorację ścian i wyraz twarzy bohaterów, aż po tragiczne wydarzenia z przeszłości. Elementy ładnie grają i na koniec układają się w spójną choć niezbyt skomplikowaną całość.

Inna sprawa, że to, czy morderca ostatecznie wypada naturalnie, nie jest wyłącznie kwestią kreacji samej postaci. Ważna jest też intryga, w centrum której ów zbrodniarz się znajduje.

Ale o tym następnym razem 😉

blog morderca 3

Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny, wylęgarnia (po)tworów | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

W poszukiwaniu zbrodni doskonałej – część III – bohater

blog góra

Oto przybywam! Znacznie później niż założyłam, ale też i trochę się działo, a sam tekst wymagał ode mnie maksymalnego skupienia, żeby poukładać myśli. Ale już jestem, gotowa opowiedzieć trochę (takie większe trochę) o moim odczuciu względem głównych bohaterów powoływanych do życia przez autorów kryminałów.

Na ten temat to ja nawet nie powinnam zaczynać, bo istnieje uzasadniona obawa, że nigdy nie skończę, jak już radośnie rozpiszę się o tym, dlaczego postacie w kryminałach często są tak cholernie beznadziejne.
Jeśli mam być sprawiedliwa (nie wiem w sumie, czemu bym miała, ale niech będzie) to nie tylko w kryminałach. Ogólnie fajnego bohatera ze świecą szukać. Czemu? Cholera wie.
Według mojej teorii, prawie całe zło literackiego świata stąd się bierze, że autorzy lubią swoje postacie za bardzo i tę sympatię wszelkimi sposobami starają się wtłoczyć czytelnikowi do gardła. To jest plaga jakaś, zaraza, istny trąd literatury popularnej! Co za pomysł spaczony upierać się, że czytelnik musi koniecznie daną postać polubić?
Moim problemem jest to, że po latach czytania, pisania i rozmów z innymi piszącymi, całkiem dobrze znam mechanizmy konstruowania opowieści, przez co łatwiej mi spojrzeć za zasłonę fabuły, by dostrzec intencje autora. Odradzam, nie polecam, nie róbcie sobie tego, bo skończycie jak ja – będziecie w charakterze naczelnej marudy hejtować wszystko dookoła ku uciesze gawiedzi. Najlepiej w ogóle nie czytajcie dalej tego tekstu, bo będę mówiła właśnie o tym, jak krok po kroku wyrządzić sobie nieodwracalną krzywdę.
Zmierzam do tego, że bardzo łatwo się zorientować, kiedy autor jest do swojej postaci nadmiernie przywiązany i konstruuje ją z zamiarem wywołania u czytelnika konkretnych (pozytywnych, rzecz jasna) odczuć. Strasznie nie lubię, kiedy się mnie do czegokolwiek zmusza i po odkryciu tego rodzaju zabiegów, natychmiast dostaję piany na pysku.

     1. Zdolna/y jestem niesłychanie…

Najbardziej oczywisty chwyt. Tak oczywisty, że nie wiem, jakim cudem ludzie w ogóle jeszcze się na to łapią. Jeśli bohater ma zdobyć sympatię czytelnika, powinien posiadać pozytywne cechy. Dużo pozytywnych cech. Miliard! Pierdyliard! Całe niezmierzone kosmosy pozytywnych cech!
Od razu włączają mi się wojenne flashbacki z serii o Maggie O’Dell. No dobra, za dużo powiedziane z tą serią. Przeczytałam całe dwie książki. Jeszcze jedna i prawdopodobnie umarłabym z zażenowania. Byłaby to wybitnie głupia śmierć, więc odpuściłam.
Bohaterkę Alex Kavy poznajemy między innymi poprzez inne postacie. Autorka w „Dotyku zła” wielokrotnie wskakuje do głowy szeryfa Morelli, a w głowie tej aż roi się od zachwytów, ochów i achów względem panny O’Dell. I tak dowiadujemy się, że Maggie jest wybitnie inteligentna, silna, odważna, w dodatku przepiękna i pociągająca. Gdybyśmy jeszcze dowiedzieli się tego raz i wystarczy… ale nie! Trzeba to wszystko powtórzyć średnio co trzy strony, żebyśmy przypadkiem nie zapomnieli.

blog3

Nie wiem, czy autorka rekompensowała sobie w ten sposób jakieś niepowodzenia w życiu osobistym, czy po prostu jej grupą docelową były nieszczęśliwe kobiety o zaniżonym poczuciu własnej wartości, marzące o tym, by kiedyś móc przejrzeć się w czyichś oczach tak, jak agentka O’Dell przeglądała się w oczach szeryfa, w każdym razie wyszedł z tego żenujący potworek, a ja przeżyłam jedno z najboleśniejszych jak do tej pory doświadczeń związanych z wtłaczaniem mi cudowność bohatera przemocą w gardło. Nie odłożyłam tej książki w połowie, bo tak naprawdę do ostatniej chwili łudziłam się, że jednak dostanę na końcu jakąś niespodziankę, że nie wszystkie przypuszczenia i przeczucia bohaterki okażą się słuszne, a ona sama popełni błąd, bo przecież niemożliwe, żeby pani Kava naprawdę polukrowała tę postać do aż takiego porzygu.
A jednak, prawda, możliwe…
Na szczęście (albo i wcale nie) większość autorów jest jednak świadoma tego, że pełnowymiarowa postać posiadać powinna…

     2. …zady i walety.

Pisałam już o tym kiedyś, ale w razie, gdyby ktoś nie czytał, albo nie miał wątpliwej przyjemności wysłuchać osobiście jednego z moich przydługich monologów powtórzę – nie, to tak nie działa.

Czytając książki zdecydowanie za często odnoszę wrażenie, że autor, konstruując bohatera, wziął po prostu czystą kartkę, po jednej stronie wypisał zalety, po drugiej wady, upewnił się, że zalet jest więcej, a wady nie są zbyt odstręczające, i dalej poleciał z koksem. Ostatecznie swoje zrobił, co nie? Może spać spokojnie – oto odlukrował postać, dodając łyżeczkę dziegciu, bo wiadomo, że nikt nie lubi marysujów.
No i takim sposobem mamy całe zastępy niepokornych detektywów alkoholików z popapranym życiem osobistym – och, jakże pomysłowo!
Najczęściej jako wady przedstawia się nam cechy, które wadami w żadnym razie nie są.

  • To, że bohater jest uparty i nie słucha przełożonego, może być wadą, owszem, ale tylko w oczach wzmiankowanego przełożonego. Czytelnik natomiast dostaje dzielnego buntownika, jedynego sprawiedliwego, który pośród korupcji, zepsucia, lenistwa, oportunizmu i tchórzostwa walczy o prawdę. Bo przecież na koniec i tak zawsze okazuje się, że miał rację.
  • Samotność/trudna sytuacja rodzinna – od kiedy to wada? Może gdyby pozornie nieskazitelny stróż prawa lał żonę, głodził niedołężną teściową i wysyłał dzieci żebrać na dworcu, moglibyśmy uznać, że faktycznie, coś z nim nie tak, ale na to żaden ze znanych mi autorów się nie zdobył. Poprzestają na rozwodnikach, którzy za dużo pracowali, więc żona ich rzuciła. Czytelnik wie oczywiście, że pracowali z poświęceniem dla dobra społeczeństwa, więc w takiej sytuacji to raczej żona jawi się jako ta zła, wyprana ze zrozumienia i niezdolna udzielić wsparcia.
  • Niektórzy stawiają na antypatycznych buców, licząc, że kilka chamskich tekstów załatwi sprawę obowiązkowej wady. Doktor House przetarł szlak, który błyskawicznie zaroił się od naśladowców. Ja tam najchętniej po tym szlaku przejechałabym walcem. Albo czołgiem. Po pierwsze – stworzyć naprawdę interesującego chama trzeba umieć. Potrzebne jest duże wyczucie językowe, a wyżej własnej dupy autor nie podskoczy. Jeśli sam nie jest zgoła wirtuozem ironii, sarkazmu, żonglowania językiem, to niech go Cyloński Bożu broni tworzyć bohatera, który takie zdolności miałby posiadać i operować nimi na przestrzeni całej powieści, czy nawet całej serii.
    Przeżyłam Sebastiana Bergmana (no dobra, tylko jeden tom, przy drugim wymiękłam), przeżyłam naszego rodzimego Mario Ybla Marty Guzowskiej i… i nic. No chamy. I co z tego? Jak zapragnę poobcować z chamami, to długo nie będę szukała, wszędzie ich pełno. A ci bohaterowie to ani zabawni, ani intrygujący – raczej żałośni. Dorośli mężczyźni zachowujący się, jak zbuntowani i obrażeni na cały świat nastolatkowie.
    Gdybyż jeszcze autorzy tak to zostawili, zrozumiałabym. Może nawet bym się ucieszyła. Nikt nie powiedział, że główny bohater nie może być żałosny. Może, czemu nie – wreszcie coś innego. Ale gdzie tam! Przecież jasne, że to tylko poza, taki pancerz, pod którym kryje się w istocie prawdziwe składowisko cnót wszelakich. Bo owszem, bohater może być chamem. Ale nie może nim być za bardzo.
  • A co z nieodłącznymi nałogami? Pomijając fakt, że to pójście po linii najmniejszego oporu, zdumiewa mnie (chociaż już w sumie coraz mniej) zachowawcze podejście do tematu. Bohater/ka jest na dnie wtedy, kiedy może, a kiedy przychodzi czas żeby działać, nagle ogarnia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Autor przekonuje mnie, jak bardzo jest z daną postacią źle, jak strasznie się stoczyła, a potem pojawia się sprawa, którą bohater rozwiązuje bez wysiłku, niczego nie zawala za sprawą nałogu, często wręcz wychodzi z uzależnienia. Nie wierzę w taką „wadę” ani przez chwilę. To nie jest wada i faktyczne utrudnienie dla bohatera, a na siłę wepchnięty „zgrzyt”, żeby nie było za pięknie – tak każą poradniki.

Ale tak naprawdę…

     3. …nic złego nie może się stać.

Jedna z moich największych bolączek – autorzy lubiący bohaterów zbyt bardzo, by zrobić im krzywdę (albo po prostu bojący się reakcji czytelników).

Mówiąc o krzywdzie, nie mam na myśli krzywdy fizycznej, tej raczej mogę się spodziewać – specyfika gatunku. Bohaterowie są porywani, torturowani, okaleczani, prześladuje się ich, uprowadza członków rodzin… zieeeew… Mam raczej na myśli, że oni ze wszystkich tych przygód wychodzą bez szwanku na zdrowiu psychicznym. Bez takiego prawdziwego. Oczywiście mają traumę, ale to tylko słowo, tak, jak wyżej wspomniany nałóg. Wszystkie lęki, wątpliwości, coś, co faktycznie mogłoby urosnąć do rangi problemu i wprowadzić komplikacje, to jedynie ozdobniki, o których czasem wypada wspomnieć, ale które nie mają faktycznego wpływu na to, co się w książce dzieje. Wiadomo z góry, że ciężkie przejścia tylko bohaterów umocnią, słabości zostaną przezwyciężone, gdy nadejdzie odpowiedni moment, a ewentualne złe wspomnienia wrócą jako ciekawostka przyrodnicza w którejś z kolejnych części.
Jak ja mam się w takich warunkach bać o bohatera? Jak mam się nim przejmować, kiedy widzę wyraźnie, że autor ani myśli choćby podprowadzić go do krawędzi, nie mówiąc już o popchnięciu za nią?

W tym momencie, wyjątkowo, zamiast się pastwić podam przykład pozytywny (albo negatywny właśnie, zależy, z której strony spojrzeć ;)) Mam na myśli sagę o Lipowie Katarzyny Puzyńskiej. Jeśli chodzi o fabuły poszczególnych części, raz bywa lepiej, raz gorzej („Norą” na przykład bardzo intensywnie ciskałam o ścianę). Autorka zdobyła jednakowoż moje serce swoją wiarą w czytelnika.
Przez dziewięć części ani razu nie odniosłam wrażenia, że na siłę próbuje mnie do bohaterów przekonać, że specjalnie oszczędza mi ciężkich scen i trudnych tematów, żebym tylko czasem się nie zraziła do jej ukochanych postaci. Sama Puzyńska przyznaje, że szczerze ich wszystkich lubi, tym większy szacun, że potrafi im wiarygodnie dosrać, opisać bez lukru, pchnąć ich do działań, których nawet przy dobrych chęciach nie sposób ocenić pozytywnie.
I co? I jakoś czytelnicy od niej nie uciekli. Z recenzji wynika, że owszem, złoszczą się, potrafią stracić sympatię dla którejś z postaci, ale to ich bynajmniej nie zniechęca do czytania i cieszenia się lekturą. Dla mnie to wystarczający dowód, że nad bohaterem, a co za tym idzie, nad czytelnikiem, wcale nie trzeba się trząść jak nad śmierdzącym jajkiem.

blog1

Czyli że co tak właściwie? Bohater bez wad jest zły, bohater z wadami… w sumie też jest zły – to czego ja właściwie chcę?
Pokoju na świecie.
A poza tym jedyna tak naprawdę konstrukcja bohatera, która do mnie przemawia, to taka, gdzie postać ma wyraźnie zarysowane cechy i w zgodzie z nimi reaguje na różne sytuacje. Tylko wtedy jest szansa, że ktoś taki wyda mi się wiarygodny i zdołam wsiąknąć, zapomnieć na chwilę, że mam do czynienia z konstruktem, wytworem czyjegoś umysłu.
Najważniejsze dla mnie jest to, żeby tych cech w jednoznaczny sposób nie wartościować. Coś, co jest pożądane w jednych warunkach, w innych może doprowadzić do tragedii. Nawet najbardziej pozytywna cecha może ulec wypaczeniu.
Czy bohater, charakteryzujący się odwagą, może zdobyć się na heroiczny czyn i uratować sytuację
Może.
A czy może popaść w bezmyślną brawurę i wszystko spieprzyć?
Również może.
Czy może na różne niebezpieczne sposoby rozpaczliwie próbować tę odwagę udowodnić sobie i innym?
Owszem.
Czy może się załamać, jeśli w pewnym momencie tej odwagi jednak mu zabraknie?
Ależ tak.
I to cały czas ten sam bohater z tą samą odwagą, która nie jest ani wadą, ani zaletą. Po prostu jest.

Tylko tak skonstruowane charaktery do mnie trafiają. Angażuję się w ich losy tylko gdy autor nie ma oporów przed wyciśnięciem z ich cech zarówno tego, co w nich może być dobre, jak i tego, co niekoniecznie. Lubię też być zaskakiwana. Ten moment, gdy myślę, że już poznałam i „oswoiłam” postać, a tu pojawia się nowa perspektywa, jakiś drobiazg, który pozwoli mi spojrzeć inaczej… Dlatego większość książek, nawet tych denerwujących, czytam do końca, bo zawsze mam nadzieję, że autor zrobi mi tę małą przyjemność.
Nadzieja w większości przypadków okazuje się płonna.

Szczerze mówiąc nie jestem w stanie wskazać żadnego bohatera ani bohaterki powieści kryminalnej, która powyższe wymagania by spełniła. Serio, nic. Pustka w głowie. Pojęcia nie mam, z czego to wynika. W fantastyce kogoś bym znalazła, w obyczaju dałabym radę, w kryminale/thrillerze – nic z tego. Najbliżej był Joona Linna z serii Larsa Keplera. Na wspomnienie niektórych dialogów z „Hipnotyzera” do dzisiaj ryj mi się cieszy. Niestety, autorzy* zdecydowali się złamać mi serce i zepsuć postać, dodając jej…

     4. …Tajemniczą i Mroczną Przeszłość [tm]

Tak, wiem, to pewnie mój problem, nie autorów, ale powiem o tym, bo już się rozpędziłam.
Jak płachta na byka działa na mnie ten zabieg, nic na to nie poradzę. Kiedy autor wyposaża swojego detektywa w mroczną przeszłość i napomyka o niej enigmatycznie co parę rozdziałów, znaczy to w moim rozumieniu tyle, że zwyczajnie nie miał na postać pomysłu, nie potrafił jej wykreować tak, by stawała się na oczach czytelnika, wciągała i intrygowała swoim tu i teraz.
To jest zwyczajnie tani chwyt i żebym to łyknęła, trzeba by się chyba bardzo postarać. Skoro nawet Joona Linna mi obrzydł po czymś takim, to już większych nadziei nie widzę.
Podobny ból dupy mam z wszelkiego rodzaju porywaniem dzieci i partnerów życiowych pod koniec książki, żeby napięcie wzrosło.
Moje tam nie wzrasta. Pewnie dlatego, że nie lubię bohaterów. A nie lubię ich z powodów jak wyżej.
O, jakie ładne kółeczko mi się na koniec zrobiło! Teraz można zacząć czytać od początku 😀

blog2

Rozpisałam się. Wiedziałam, że tak będzie, ale musiałam to z siebie wyrzucić. Niczego nie żałuję 😉
Po to mi właśnie ta seria tekstów – żeby dokładnie opisać siebie jako (trudnego i niewdzięcznego) czytelnika. Potem będę już mogła pisać o książkach z poczuciem, że we wstępie powiedziałam wszystko, że wiecie, jak czytam, na co zwracam uwagę i nie muszę się co dwie linijki tłumaczyć.
Ten wpis raczej mi nie pomoże Was przekonać, że narzekanie nie sprawia mi przyjemności, ale faktem jest, że nie sprawia. Dlatego wszelkie sugestie co do pozycji, które mają szansę mnie nie wkurzyć, przyjmę nad wyraz chętnie.

Dziękuję za uwagę, niebawem powrócę z nowym tekstem. Tym razem już krótszym, obiecuję! 🙂

blog dół
*Lars Kepler to pseudonim, Joonę Linnę pisze (i uparcie psuje) dwoje autorów.
Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny, gra(na)ty w mojej głowie, wylęgarnia (po)tworów | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz