W poszukiwaniu zbrodni doskonałej – część II

creepy3

W poprzednim wpisie byłam mało konkretna, bo też i klimat tekstu, a o nim to właśnie była mowa, stanowi zjawisko ulotne, nieuchwytne i postrzegane zawsze bardzo subiektywnie. Głoszenie prawd objawionych w tej kwestii mija się trochę z celem, według mnie. Dziś za to obiecuję poprawę – będą prawdy objawione! Nie wątpię, że jakiś mądry człowiek kiedyś już coś podobnego mówił. Mądrzy ludzie mówili już chyba o wszystkim. Ale akurat szczęśliwie tego nie słyszałam i mogę z czystym sumieniem poniższy podział reklamować jako oryginalny, autorski, ekologiczny, w pełni biodegradowalny.
A cóż to takiego tak biodegradowalnie podzieliłam? Otóż podzieliłam czytane do tej pory kryminały ze względu na…

#2  ŹRÓDŁO STRACHU

Oczywiście, kryminał to nie horror, wiadomo, ale któż nie lubi poczuć zimnego dreszczu na plecach, czytając o czającym się w ciemności mordercy? Ja lubię. Dlatego zawsze trudno mi się wczuć w książkę, która tego uczucia grozy nawet nie stara się wywołać. Opisywanie żmudnej policyjnej pracy jest ok i daje plus milion do wiarygodności – lubię, doceniam, ale samo w sobie strachu to nie budzi. Oprócz opisu śledztwa potrzeba czegoś jeszcze.
W wyniku rozważań nad tym, czymże tajemnicze „coś jeszcze” miałoby być, podzieliłam sobie źródła strachu w kryminałach na trzy kategorie, z czego trzecia tak naprawdę stanowi mieszankę dwóch pierwszych.

a) Zewnętrzne źródło strachu

To jest, jak łatwo się domyślić, po prostu jakiś morderca, który grasuje sobie gdzieś tam i którego trzeba złapać. Trudno powiedzieć, czy ten rodzaj zagrożenia do mnie przemawia. Zależy od mordercy. W każdym razie na pewno jest bardzo bezpieczny i trzeba się naprawdę mocno postarać, żeby to zepsuć. Jest to możliwe, owszem, nie raz było mi dane się przekonać, ale, generalnie, „zewnętrzny” morderca sprawdza się dobrze, może być straszny, ale jednak… zostawia pewien niedosyt. To jest zawsze ktoś inny, ktoś mniej lub bardziej odległy, często słabo pogłębiony psychologicznie, a jego ofiary to po prostu, no cóż, ofiary, które musiały się pojawić – bardziej jako konstrukty niż jako ludzie – by w ogóle zawiązała się akcja.
Czytałam kilka tego typu książek, które mnie faktycznie wciągały w trakcie czytania, ale po lekturze nie pozostawiały po sobie niczego, prócz chęci sięgnięcia jak najszybciej po kolejną pozycję, bo (moja czytelnicza) natura nie znosi próżni. Złościło mnie to i uparcie szukałam czegoś, co pozwoli mi się choć na chwilę zatrzymać po odłożeniu książki. Nie że zaraz zastanowić nad własnym życiem i sensem wszechświata, bez przesady, ale chociaż przez moment pozostać z myślą, że nie wszystko jest oczywiste, a groza ma różne oblicza.
Udało mi się to dopiero gdy odkryłam…

b) …wewnętrzne źródło strachu

Jak sama nazwa wskazuje, stoi ono w opozycji do zewnętrznego, co oznacza tyle, że prawdziwa groza to nie morderca, który przyjdzie skądś tam i zrobi coś tam, ale raczej szaleństwo/zło, które drzemie w nas samych i w naszych najbliższych. Ten rodzaj zagrożenia najbardziej kojarzy mi się z podgatunkiem domestic noir, z którym miałam swego czasu dość intensywny romans. Nie potrzeba tam wielu postaci o skomplikowanych powiązaniach. Wystarczy kilku bohaterów, z których żaden nie może ufać innym, ani nawet samemu sobie.

creepy.png
To się dobrze sprawdza przy wątkach tragedii rodzinnych i… i w sumie chyba tyle, tak naprawdę. To jest minus takiego zabiegu – jest nieelastyczny. Bohaterowie w swoich czterech ścianach, klaustrofobiczny klimat, sekrety rodzinne… Z początku byłam zachwycona, jednak szybko pojawił się zgrzyt, ponieważ nie sposób tego wszystkiego przenieść do innej scenerii, dodać więcej pobocznych postaci, wątków, bo wówczas wszystko się rozmyje.
Mam rzecz jasna za sobą „Zaginioną dziewczynę” i „Dziewczynę z pociągu”, a także takie pozycje, jak „Zanim zasnę” „Wtargnięcie”, „Bużka”, „Para zza ściany”, „Śpij spokojnie”, „Za zamkniętymi drzwiami”, „Bliźnięta z lodu”czy naszą polską „Idealną”. Wszystkie one całkiem mi się podobały, a jednak po jakimś czasie potrzebowałam dłuższej przerwy, złapania oddechu, bo – mimo wszystko – ileż można czytać o tym, że mąż jest albo nie jest zły, a żona jest albo nie jest wariatką? (Swoją drogą – dlaczego prawie zawsze w tej właśnie konfiguracji? To już żona nie może być zła, a mąż nie może być wariatem? wtargnięcieCzytałam, że to dlatego, że feminizm. I trzeba mówić o przemocy w rodzinie. Ale ja się feministycznie domagam prawa do niezrównoważonych żon psychopatek! :P)
Czasem można liczyć jeszcze na creepy dzieci. Creepy dzieci są spoko.
Zmierzam w każdym razie do tego, że wewnętrzne źródło strachu słabo działa przy bardziej rozbudowanych fabułach. Dlatego ja najbardziej lubię trzecie rozwiązanie.

c) Pół na pół

Mówiąc krótko – zagrożenie przybywa, owszem, z zewnątrz, ale wpływa na „wnętrze” bohaterów, gdzie przez wnętrze rozumiem nie tylko psychikę, ale ogólnie życie, codzienność, prywatność. Mam ogromną słabość do wątków związanych z podglądaniem, śledzeniem, wkradaniem się do czyjegoś życia. Nie musi być to życie głównych bohaterów odpowiedzialnych za rozwiązanie zagadki, może być czyjekolwiek, ale zawsze przechodzi mnie dreszcz na myśl, że ktoś podobnych prześladowań może doznawać. Przeraża mnie zarówno spaczony umysł sprawcy, jak i zrujnowana psychika ofiary, tracącej powoli zdrowe zmysły, mającej problem ze stwierdzeniem, co jest, a co nie jest prawdą.
Z zapartym tchem czytałam „Ulubione rzeczy”, czy „Karuzelę samobójczyń” Sharonulubione-rzeczy_1339.jpg Bolton i gęsiej skórki dostawałam na myśl, że ktoś mógłby mi po cichu wejść do domu i włączyć muzykę w momencie gdy mam pewność, że jestem w mieszkaniu sama. (Może miał z tym coś wspólnego fakt, że czytałam właśnie będąc w mieszkaniu sama, leżąc pod sufitem na antresoli, przy jednej małej lampce, podczas gdy pode mną rozpościerało się 50m2 lodowatej ciemności. Lodowatej, bo był styczeń, a ja nie miałam ogrzewania. Polecam. Jako klimat do czytania kryminałów, bo tak do życia to nie polecam).

Dobrze dobrane i zbalansowane źródło strachu może być tym, co przykuje mnie do książki na długie godziny, za to kiedy zupełnie nie ma się czego bać, potrafię lekturę porzucić bez żalu, nie poznawszy zakończenia. Zwyczajnie nie chce mi się czytać, kiedy nic mnie nie przeraża i nie niepokoi. Pewnie niepokoić mnie powinien sam fakt, że kogoś zamordowano, ale w przypadku książek to tak nie działa. Prawdziwe morderstwo pewnie by mną wstrząsnęło wystarczająco, nie potrzebowałabym udziwnień, ale po to mi właśnie książki, żeby zapomnieć na chwilę, że „w rzeczywistości, smarkulo, wszystko się kończy szybko i mało atrakcyjnie*”. Pewna teatralność w piętrzeniu tajemnic i tworzeniu nastroju grozy wcale mi nie przeszkadza, bywa nawet pożądana. Znacznie bardziej niż hiperrealizm, kiedy to po przesłuchaniu pięćdziesięciu świadków i zbadaniu odcisków palców okazuje się, że wnuczek zabił babkę dla pieniędzy.

No to tyle na dzisiaj. W następnym odcinku będzie krew, flaki, istny cyrk i wulgaryzmy, bo biorę pod lupę bohaterów i nikogo nie będę oszczędzać.
Jak to ja 😉

creepy2.jpg

* Kto wie, z czego to? 😉
Reklamy
Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny, gra(na)ty w mojej głowie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

W poszukiwaniu zbrodni doskonałej – część I

książki 2

Napisałam tę notkę w całości i w całości zamierzałam ją zamieścić. Po czym ją przewinęłam. Po czym dotarło do mnie, że ona ma 7 stron. Ja wiem, że reanimuję bloga po bardzo długim milczeniu, wiem, że dość znacznie zmieniam jego profil i może faktycznie należałoby przygotować coś z rozmachem… ale 7 stron?! Nawet ja wiem, że to przegięcie. Postanowiłam zatem tekst podzielić, co i jemu, i mnie, i Wam wyjdzie prawdopodobnie na dobre.

Zniknęłam, bo zwyczajnie nie dawałam już rady mielić tych wszystkich ważnych, ciężkich tematów, wściekać się na ludzką głupotę podczas riserczu i ostatecznie rzucać grochem o ścianę. Bo przecież ani przez chwilę się tak naprawdę nie łudziłam, że mój blog oświeci tych, którzy – w moim horyzoncie poznawczym – oświecenia potrzebują.

Dlatego wracam z lżejszym klimatem. Mam ochotę dla odmiany popisać o czymś, co lubię, co mi sprawia przyjemność.
Czyli oczywiście o zbrodniach, zwłokach i mordercach.
Znaczy nie tylko, ale od tego zacznę.

Tak się złożyło, że od jakiegoś czasu nie mam ani siły ani nastroju na ciężkie i ambitne lektury, a czytać muszę, wiadomo. Bez czytania się nie da. Dla czystej rozrywki zaczęłam coraz częściej sięgać po kryminały i nagle zorientowałam się, że – nie wiedzieć kiedy – przestały one być faktycznie czystą rozrywką, a zaczęły szczerze absorbować mnie na poziomie czysto intelektualnym. Przez większość życia byłam przekonana, że słowa „kryminał” i „intelektualny” nie powinny się w żadnym razie znaleźć w jednym zdaniu. Zresztą możliwe, że faktycznie nie powinny, a ja po prostu z wiekiem głupieję. Tak czy inaczej złapałam się na dogłębnym analizowaniu czytanych tekstów.
Jedna tylko rzecz nie daje mi spokoju. Żadna z tych książek mi się jakoś szczególnie nie spodobała. Na liście moich ulubionych lektur nie ma ani jednego kryminału, czy thrillera.
I właśnie dlatego czytam ich coraz więcej i więcej. Bo to przecież niemożliwe, żeby w gatunku o tak dużym, wbrew pozorom, potencjale, nie było ani jednej książki, która faktycznie by mnie urzekła. Rzucam się na każdy kolejny tekst jak szczerbaty na suchary, w nadziei, że to będzie właśnie TEN.
I nigdy nie jest, rzecz jasna.

A przecież z kryminału można naprawdę sporo wycisnąć – zbudować realistyczne tło obyczajowe, psychologicznie wiarygodnych bohaterów, skonstruować skomplikowaną intrygę, a nawet przemycić trochę wiedzy z różnych dziedzin. Czyżby w tym tkwił mój problem? Że chciałabym, żeby wszystkie te obszary autor wyeksploatował na dwieście procent i zaspokoił mnie, za przeproszeniem, z każdej możliwej strony?
Tak. Pewnie tak.
I pewnie przez to pozostanę niezaspokojona do końca swoich dni. Ależ to smutno zabrzmiało.
No nic, sama jestem sobie winna, nikt mi nie kazał być marudnym wrzodem na dupie.

Ale to też nie tak, że nic nigdy mi się nie podoba. Niektóre lektury pozostawiają po sobie miłe wspomnienia. Mogę za cholerę nie pamiętać, kto zabił, ani jak miał na imię główny bohater, pamiętam za to pewne miłe smaczki. I pomyślałam, że gdyby tak zebrać je wszystkie do kupy, może zdołałabym znaleźć przepis na kryminał, który utrafiłby wreszcie w mój gust.

No to sru!

#1 Klimat tekstu

Lekki, przyjemny temat na początek, jakkolwiek wcale nie, bo tak naprawdę trudno powiedzieć, co to takiego właściwie jest i jak to można uzyskać.
Bardzo często to właśnie klimat trzyma mnie przy powieści kryminalnej, czasem nawet silniej niż chęć dowiedzenia się w końcu, kto zabił. Kryminały są pisane wedługi-utopce podobnego schematu i jeśli ktoś ma już za sobą parę pozycji, to sam fakt pojawienia się w książce trupa i dzielnych detektywów nie zrobi większego wrażenia. Bardziej istotne jest, jak autor całą tę niezbyt oryginalną sytuację zaprezentuje.
Nie jestem fanką opisów,wręcz za nimi nie przepadam, i bynajmniej nie należy się tu spodziewać peanów na ich cześć. Nie chodzi mi o to, by z detalami obrazować wszystkie miejsca i scenerie, ale żeby akcję „usadzić” za pomocą kilku charakterystycznych elementów. Bardzo dobrze wspominam lekturę „Utopców” Katarzyny Puzyńskiej, gdzie do zbudowania klimatu wystarczyła tak naprawdę informacja, że akcja (a przynajmniej jej część) toczy się głównie ponurą jesienią w małej wsi pośród lasu. I tyle.

  • Jesień = groza/melancholia
  • niewielki rozmiar osady = klaustrofobiczność, wzajemne powiązania między wszystkimi mieszkańcami
  • wieś = jakiś stopień zacofania, specyficzna mentalność
  • środek lasu = odcięcie od świata, izolacja.

Potrzebuję takich grubych kresek, żeby zakotwiczyć mózg, a potem moja wyobraźnia dalej sobie w tych ramach działa. Dlatego nie są dla mnie klimatyczne teksty, w których bohaterowie w krótkim czasie odwiedzają dużo miejsc o zupełnie innym charakterze, a autor prowadzi fabułę od punktu do punktu, nie spinając jej żadną klamrą, żadnym wspólnym mianownikiem. No, może oprócz trupa, który jednak całego klimatu nie udźwignie.
A spokojnie da się taką klamrę zastosować nawet przy śledztwach prowadzonych z rozmachem. Dowodem są powieści Yrsy Sigurdardottir, która co chwilę rzuca gdzieś yrsaswoją bohaterkę, każe jej rozmawiać z mnóstwem ludzi, a jednak klimat się nie rozmywa, bo nad każdą historią unosi się duszna aura żmudnej pracy biurowej. Jakkolwiek strasznie by to nie brzmiało, uważam że to duży plus. I zresztą jeden z powodów, dla których bezboleśnie przetrwałam całą serię z Thorą. Główna bohaterka nie specjalizuje się w sprawach kryminalnych i na krwawe zbrodnie trafia zwykle przy okazji realizowania rutynowych zleceń, wymagających wypełniania mnóstwa papierów i nie są to bynajmniej akta sensacyjnych śledztw. Chociaż same zbrodnie może i bywają przekombinowane i nie do końca wiarygodne, nie ma się wrażenia oderwania od rzeczywistości, bo w niej kotwiczą czytelnika raporty finansowe, ekspertyzy budowlane, czy postępowania o wypłatę ubezpieczenia. Niejeden pewnie skisłby z nudów, ale dla mnie to był miły smaczek i wreszcie coś oryginalnego, nienachalnie nadającego ton całemu cyklowi.

Tak naprawdę nie sądzę, by istniała jakakolwiek książka w ogóle bez żadnego klimatu. Każda jakiś ma, tylko nie do wszystkich on przemawia. Mnie na przykład trudno „złapać” klimat powieści kryminalnych dziejących się współcześnie w dużych miastach, choć ogólnie obrazy miast w literaturze szalenie lubię. Utrudnieniem jest też dla mnie duża liczba bohaterów, bo śledzenie z uwagą powiązań między nimi wszystkim sprawia, że jestem nieustannie skupiona, przez co nie mogę po prostu wsiąknąć i dać się nieść fabule i klimatowi właśnie. Sporo dla klimatu robią na pewno bohaterowie. W moim odczuciu więcej nawet niż opisy przyrody, czy tam innego otoczenia. O nich rozpiszę się jeszcze później, na razie powiem tylko tyle, że dopiero odpowiednio nakreślone postacie ożywiają scenerię i nadają jej charakteru.
Pewnie to, co dla mnie klimat psuje, dla kogoś innego go tworzy, coś, co na mnie nie robi wrażenia, kogoś innego wbija w fotel. I na odwrót – ja opowiadam, co lubię, a ludzie patrzą na mnie dziwnie.
Chociaż to może być akurat spowodowane też innymi czynnikami 😉

Czyli, jakby nie patrzeć, nic mądrego nie powiedziałam. Każdy sam sobie może przemyśleć, czym dla niego jest klimat i co go najlepiej tworzy. I każdy dojdzie do właściwych wniosków, bo przecież jeden przepis na klimat nie istnieje. Wiadomo, sprawny warsztat jeszcze nikomu nie zaszkodził i im lepiej technicznie napisany jest tekst, tym przyjemniej się czyta i wsiąka. Ale na to, co z tego wsiąkania wyniknie, autor nie ma wpływu. Tekst ma tak naprawdę tyle klimatów, ilu odbiorców. Dwie osoby mogą tę samą książkę poczuć skrajnie różnie, bo każdy z innym bagażem życiowym i kulturowym zasiadł do lektury i ani to wina ani zasługa autora.
Nie jestem pewna, czy to pocieszająca myśl, czy wręcz przeciwnie.

zbrodnia

Opublikowano gra(na)ty w mojej głowie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Matka siedzi w domu i nic nie robi

matka 1

Czas leci, różne rzeczy się zmieniają, nie tylko w moim życiu (w nim to akurat za wiele się na razie nie zmienia, gwoli ścisłości), ale też w życiu moich znajomych. I oto nagle orientuję się, że facebookowa tablica wygląda zdecydowanie inaczej niż tych parę lat temu, kiedy zakładałam konto. Koledzy się pożenili, koleżanki pomężyły, sporo osób doczekało się też dzieci.
Tematyka rodzicielstwa pojawia się coraz częściej w udostępnianych postach i chociaż na razie mnie osobiście nie dotyczy, nie zachowuję się, jakby w ogóle nie istniała. W końcu rodziny z dziećmi funkcjonują w tym samym społeczeństwie, co ja, więc czemu miałabym je w swoich rozważaniach i przemyśleniach pomijać? Zwłaszcza, że nie wiadomo, co mnie samej przyniesie los i czy nagle nie stanę się tematem żywo zainteresowana niejako z konieczności.

Od czasu do czasu zdarzy mi się otworzyć link do bloga parentingowego, czy przeczytać wpis na fanpage’u poświęconym rodzicielstwu. I cóż tam znajduję? Ano znajduję przedziwny szał na udowadnianie za wszelką cenę, że matka, która zdecydowała się zrezygnować z pracy zawodowej i zająć się domem oraz wychowaniem dzieci, pracuje ciężej zgoła niż górnik w kopalni. Takich wpisów jest doprawdy istny wysyp. I tak się teraz zastanawiam – w czym konkretnie tkwi problem? Jaki jest właściwie powód nakręcania całej dyskusji, która, moim zdaniem, nie ma najmniejszego sensu i tyle tylko daje, że ludzie skaczą sobie do gardeł.

Taką mam dziwną przypadłość, skrzywienie takie, że jak ktoś mnie usiłuje do czegoś przekonać zbyt mocno, to staję się podejrzliwa. O co mu chodzi? – pytam sama siebie. Dlaczego aż tak mu zależy, żebym przyjęła jego punkt widzenia? Jaki ma w tym cel?
Czemu ta prowadząca bloga mama aż wychodzi ze skóry, żeby obcy ludzie przekonali się o tym, jak ona ciężko pracuje?
Odpowiedź może się wydawać oczywista – bo chce, żeby doceniono ją i jej wysiłek. Okej, ale czy naprawdę taka osoba koniecznie potrzebuje potwierdzenia od anonimowych ludzi z Internetu, że jej praca jest ważna i potrzebna? Jeśli tak, to chyba coś tu jest nie w porządku, prawda?

Nie wiem, jak inni, ale ja mam trochę tak, że im bardziej nie jestem pewna jakiejś swojej decyzji, tym bardziej szukam aprobaty otoczenia. Chcę, żeby mi ktoś powiedział, że robię słusznie, kiedy sama nie mam tej pewności. Jeśli czuję się ze swoimi wyborami dobrze i mam wsparcie najbliższych, nie widzę potrzeby przekonywania wszystkich dookoła, że moje działania są ważne, potrzebne, wartościowe.
Wszystkie te wpisy na blogach bazują na założeniu, że „ludzie mówią” jakoby matki, które zostały w domu z dziećmi nic nie robiły, miały nieustanną labę i odpoczynek. Nie wiem, co to za „ludzie”, bo ja się nigdy z taką opinią nie spotkałam, nie znalazłam ani jednego sensownego tekstu w Internecie, który by takie stanowisko prezentował, i z kim bym nie rozmawiała, zawsze słyszę, że prowadzenie domu i wychowanie dzieci stanowi absorbujące i nie zawsze łatwe zajęcie.
Nawet jeśli jedna czy druga mama usłyszała niewybredne komentarze ze strony kogoś, kto wybrał inny model życia i uważa go za jedyny słuszny, to czy to jest wystarczający powód, by od razu rzucać się do klawiatury i opisywać swój ciężki dzień godzina po godzinie? Opinia jakiegoś randoma, który nie bardzo wie nawet, o czy mówi, jest aż tak istotna? Naprawdę szczerze wątpię.
Zaryzykuję stwierdzenie, że chyba nie ma osoby, która nie usłyszała nigdy głupiej i bezmyślnej krytyki odnośnie do swojego stylu życia i swoich życiowych decyzji. Niektórzy po prostu nie mogą się powstrzymać i chlapią jęzorem, opluwając tych, którzy żyją inaczej, bo już taki mają spaczony charakter. To chyba bardziej niż oczywiste, że zwyczajnie nie należy się nimi przejmować. Jasne, w pierwszej chwili można się wściec, to naturalne, ale czy jest sens rzucać grochem o ścianę i na siłę przekonywać takich, że się mylą?
Chyba że te kobiety wcale nie ich, a same siebie próbują przekonać.

Trochę mnie ten stan rzeczy martwi, biorąc pod uwagę, jak wiele mówi się o prawie kobiet do decydowania o swoim życiu. Opinia publiczna jest przyzwyczajona do odwrotnego kontekstu – kobieta może zdecydować, że „wyjdzie z domu”. ALE!
Ale może też zdecydować, że w nim zostanie. Domyślam się, że nie jest to łatwy wybór, choć sama nigdy przed nim nie stanęłam. Prawdopodobnie mogą pojawić się wątpliwości, myśli o tym, co by było, gdyby. Jednak odnoszę wrażenie, że kobiety, które postanowiły prowadzić dom i wychowywać dziecko, rezygnując z pracy zawodowej, z jakiejś przyczyny czują się z tą decyzją zwyczajnie źle. Inaczej jaki miałyby powód, by tak rozpaczliwie przekonywać wszystkich dookoła o tym, że ciężko pracują, a ich praca jest ważna? Nie zauważyłam podobnej tendencji u żadnej innej grupy społecznej, więc o co chodzi z tymi matkami?
Skoro zostały z dziećmi z własnej woli, musiały tego chcieć, zresztą same przyznają, że chciały, a jednak zachowują się, jakby coś je cały czas w środku uwierało. Nie wierzę, że to pojedyncze, zasłyszane, czy przeczytane gdzieś tam opinie obcych ludzi. No nie wierzę, przykro mi. Człowiek pewny swojego wyboru, ma to w nosie.

Więc co? Ogólna specyfika kapitalistycznego sposobu myślenia? Powszechne przekonanie że liczy się głównie zarabianie pieniędzy? A może brak wsparcia ze strony najbliższych? Może te apele rzucane w odmęty Internetu nie są wcale wołaniem do obcych ludzi, a do osób bardzo konkretnych. Jeśli człowiek jest doceniany i wspierany przez tych, których kocha, aprobata całego świata do niczego mu niepotrzebna. A jeśli nie jest… no właśnie.

matka 2

Ostatecznie nic dobrego z tego wszystkiego nie wynika. Wpisy utrzymane w tonie „kto nie ma dzieci, ten nie wie, co to zmęczenie”, mogą wywołać jedynie irytację tych, którzy, prawda, nie mają, a wiedzą. Cudem jakimś, sposobem tajemnym. Bo są tacy.
Odpowiadanie na niesprawiedliwą i bezmyślną ocenę kolejnymi niesprawiedliwymi i bezmyślnymi ocenami daje efekt błędnego koła i napędza głupie, dziecinne licytowanie się – kto ciężej pracuje, kto jest bardziej zmęczony i kto pije zimniejszą kawę.
A przecież na to nie ma żadnej zasady, nie ma nawet jak tego porównywać. Są różne prace i różne domy, różne zawody, różne dzieci i życiowe sytuacje. Konia z rzędem i rękę Yattamana temu, kto wymyśli uniwersalną i sprawiedliwą metodę porównywania „kto ma gorzej”. I w ogóle dlaczego ktokolwiek miałby mieć gorzej? Chyba lepiej mieć lepiej, nie? Nie wiem, skąd głupi pomysł mierzenia wartości człowieka tym, jak bardzo jest styrany i pada na ryj. Ale to już inna sprawa.

O ileż zdrowiej i spokojniej byłoby, gdyby ludzie szanowali wybory innych ludzi i potrafili czuć się dobrze ze sobą bez poprawiania własnej samooceny poprzez krytykowanie innych.
Tylko że wtedy nie miałabym o czym pisać.

matka 3

Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny | Otagowano , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Zmierzch sztuki krytykowania

thumbsdown24

To jest taki szybki, spontaniczny wpis wynikający, jak zwykle zresztą, z ogólnego niezrozumienia tego, co się dookoła odpierdziela. Ciągle słyszę, że ludzie nie potrafią przyjmować krytyki – złoszczą się, obrażają, w najlepszym przypadku olewają cienkim siuśkiem i jak tkwili w ciemnocie, tak w niej dalej tkwią.
Pewnie coś w tym jest. Ba, na pewno jest! Sama spotkałam parę niereformowalnych jednostek, od których opinie, także moje, odbijały się jako ten groch od ściany. Frustrować mnie to nie frustrowało szczególnie, bo każdy – tak, teraz macie to na piśmie – może sobie moją opinię wsadzić tam, gdzie słońce nie dochodzi, łaskawie zezwalam, Nie jest ona prawdą objawioną i jeśli komuś nie leży, to niech ją sobie zignoruje, świat się od tego nie zawali prawdopodobnie. No, chyba że się zawali. Ale nie sądzę. W każdym razie mojej krytyki nikt słuchać nie musi, a może wręcz nie powinien, w końcu ja się na niczym nie znam, oprócz szukania czterolistnych koniczynek.
Aczkolwiek są ludzie, którzy się znają i chcieliby, żeby ich słuchano i brano sobie ich uwagi do serca. I teraz nie mówię wcale o kwestiach światopoglądowych, bo to jest materiał na osobny tekst, którego nigdy nie napiszę, bo szlag mnie pierwej trafi. Mówię o zwykłych umiejętnościach, które można opanować, rzeczach, których można się nauczyć… jeśli potrafi się przyjmować krytykę.
Tak, tak, trzeba to umieć. Ciągle się o tym mówi, wiele na ten temat napisano i w ogóle to jest bardzo ważne. Tak, ALE.
Ale co z formułowaniem krytyki?

Fajnie, że ludzie, którzy wiedzą na jakiś temat więcej od innych, chcą to i owo przekazać, tylko że to ich jeszcze nie czyni świętymi krowami!
Rozglądam się dookoła, słucham, oczom własnym i uszom nie wierzę, a jednak to się dzieje. Gdzie by człowiek nie spojrzał, widzi, jak ci, które w teorii mają pomagać innym, szkolić i wspierać, potrafią tylko gnoić i wbijać szpile. Opowieści niektórych znanych mi osób, z moją mamą na czele, jeżą włosy na głowie, a i ja miałabym sporo do powiedzenia. Liderzy, kierownicy, osoby odpowiedzialne za innych – także za ich rozwój i motywację do pracy – dla nikogo nie mają dobrego słowa. Nawet zaryzykuję stwierdzenie, że dobrych słów to oni z premedytacją unikają, żeby się czasem pracownikom w dupach nie poprzewracało. Nie wszyscy – wiem, że nie wszyscy – ale wielu.
I bardzo bym chciała trzasnąć sobie teraz o wpół do 5 rano elaborat o nieodpowiednich ludziach na nieodpowiednich stanowiskach, ale tak właściwie to nie o to mi chodzi. W każdym razie nie tylko o to.
Bo że często do władzy i wpływowych stanowisk dorywają się ludzie, niemający po temu predyspozycji absolutnie żadnych, to raczej nie nowość. Jak ktoś nie potrafi rozmawiać, to będzie darł ryj, jak ktoś nie ma argumentów, to będzie obrażał rozmówcę. Tak to jakoś działa. Chociaż nie powinno tak działać. Nie powinno, prawda? Wydaje się oczywiste, że nie powinno, że taka agresywna”krytyka” pod adresem kogoś, komu ma się teoretycznie pomagać, to jakieś cholerne nieporozumienie. U mojej mamy w pracy ludzi zabierała z biura karetka. Do takiego stanu doprowadzała ich „pani lider” swoimi wrzaskami, złośliwościami i wiecznym niezadowoleniem. Jeśli tak ma wyglądać konstruktywna krytyka, o której się tyle mówi, to ja w pompie to mam, podziękuję.

Może czytając to ktoś pomyśli sobie, że no tak, no owszem, są takie przypadki, ale to jest skrajność. Tak. Tylko że ta skrajność, z jakiegoś powodu niepojętego, na naszych oczach staje się normą.
Pamiętam z dzieciństwa programy kulinarne, czy muzyczne. Pierwsze polegały na pokazywaniu, jak zrobić jedzenie, a drugie na śpiewaniu piosenek. Teraz włączam telewizor (no dobra, teraz nie włączam, bo nie mam, ale włączałam), a tam Wojciech Amaro pruje się jak stare prześcieradło na ludzi biegających w panice po kuchni. Na drugim programie Magda Gessler rzuca talerzami i klnie, na czym świat stoi, a na jeszcze innym kolejne jury kolejnego Idola, czy innej zarazy, prześciga się w chamskich złośliwościach.
Dom wariatów, jak Yattamana kocham!
A ci obrzucani błotem uczestnicy programów stoją, kiwają głowami, zgadzają się z każdym słowem, a jak się nie zgadzają, to się i tak ostatecznie zgodzą, bo tak chce scenariusz. Scenariusz im nie pozwala odpowiedzieć tak, jakby chcieli – i jakby zapewne w powyższych sytuacjach należało. Scenariusz im nie pozwala wyrazić poglądu, że takim tonem, jakim mówią szanowne gwiazdy, to cywilizowany człowiek się do śmiertelnego wroga nie zwraca. Scenariusz każe im rozumieć, że ci jakże utalentowani i wspaniali celebryci robią to wszystko dla ich dobra, że tak trzeba, bo inaczej cenna wiedza nie dotrze. Wszystko ma być tak, jak jaśnie pan/i chce, bo jak będzie inaczej, to jaśnie pan/i rzuci talerzem.
Przecież jakby ktoś w mojej obecności rzucił czymkolwiek, to niech go bór mieszany bagienny ma w opiece! A wszakże jestem jednostką niespotykanie spokojną. To pewnie dlatego, że nie darzę szczególnym nabożeństwem wszelakich autorytetów, ale, jak świat długi i szeroki, nie ma osoby, która mogłaby rzucić przy mnie talerzem i nie usłyszeć soczystej wiązanki zakończonej głośnym zamknięciem drzwi z drugiej strony. I to w najlepszym wypadku.
I tak gapię się w ten ekran, ci ludzie tam stoją, ten Amaro, czy inny cep, wrzeszczy, a ja sobie myślę: no niechże mu ktoś wreszcie da w pysk! (Chociaż nie powinnam tak myśleć, bo przemoc nie jest rozwiązaniem, i tak dalej, ale trudno, myślę i już). Ale nikt mu nie daje w pysk. Dalej wszyscy kiwają głowami.
Przedstawienie musi trwać, no i trwa.

Tylko że ja już nie widzę tych ludzi, grających według scenariusza. Widzę tych innych, anonimowych, co też tak stoją i kiwają innemu dupkowi, który wrzeszczy i klnie i ciska rzeczami – oczywiście dla ich dobra, oczywiście dlatego, że chce im coś ważnego wpoić, a jakże! A oni mają przyjąć krytykę. Bo przyjmowanie krytyki jest bardzo ważne. Trzeba się tego nauczyć. Koniecznie.

2

Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Lepiej nie będzie, wewnętrzny ch*ju!

rozczarowanie 2

Mówiłam już gdzieś kiedyś, że jak mam doła, to ograniczam internetowa aktywność. Co znaczy, ze jej niemal w ogóle nie przejawiam, ponieważ doła mam ciągle. W sumie nie wiem dlaczego się wtedy wycofuję z blogowania. Ostatecznie Internet widział już gorsze rzeczy niż mój dół i jeszcze się jakoś nie skończył, więc spokojnie mogłabym komunikować, że jest źle, jeśli mam taką potrzebę, i liczyć na terapeutyczną moc pisania. Parokrotnie nawet chciałam spróbować, ale za każdym razem coś mnie blokowało. Taki wewnętrzny mały chuj, który we mnie siedzi i niestrudzenie przekonuje, że to, co robię, nie ma sensu.

Bydlę jest niezmordowane, przysięgam. Od lat nie zamknął się ani na chwilę i każdą aktywność (albo brak aktywności) potrafi mi obrzydzić. Za co bym się nie zabrała, gnojek znajdzie z miejsca pierdyliard argumentów, dlaczego nie powinnam tego robić. Nawet czynności tak oczywiste, jak jedzenie i spanie zdołał wykorzystać do tego, żebym czuła się ze sobą źle. Przyznam, że świetnie mu to wychodzi – stanowię aktualnie obraz nędzy i rozpaczy oraz odczuwam do siebie permanentną odrazę. Niekończące się mentalne samobatożenie to nie jest coś, z czym da się normalnie żyć, toteż nie żyję normalnie. Jestem wykończona, mam dosyć, i chciałabym się tej oślizgłej kreatury pozbyć ze swojej głowy.

Tylko że nawet nie mam pomysłu, jak się za to zabrać. Plugastwo opanowało już każdy aspekt mojego życia i stwierdzam z przerażeniem, że prawie nie pamiętam czasów, gdy potrafiłam się z czegokolwiek cieszyć bez robienia sobie wyrzutów, że powinnam się zająć czymś innym. Czort tam, że nie wiem, czym by to „coś innego” miało być. Ważne, że na pewno nie tym, co robię w tej chwili. Bo to, co robię w tej chwili jest głupie / bezproduktywne / odmóżdżające / za bardzo na pokaz / egoistyczne / niepoważne / nieprofesjonalne / nieważne i… długo bym tak mogła. Czasem myślę, że choćbym uratowała wszechświat przed zagładą, wewnętrzny chuj i tak by mnie przekonał, że to doprawdy nie było nikomu potrzebne, zmarnowałam czas i tylko się ośmieszam.

Angażuję cały zdrowy rozsądek w tłumaczenie sobie, że mogę robić, co mi się żywnie podoba, ponieważ jestem dorosła, dowolnie dysponuję własnym wolnym czasem i naprawdę nie mam żadnego powodu, by czuć się winna. Ogromny wysiłek wkładam na co dzień w to, by udawać, że wierzę w te tłumaczenia i że wszystko jest w porządku, ale prawda jest taka, że to, co wiem, co sobie tak rozsądnie w myślach klaruję i co brzmi całkiem sensownie, nie ma zupełnie pokrycia w faktycznych odczuciach. Bo w nich już niepodzielnie panuje mały chuj.

nie lubię siebie

SEN

[Ze względu na pracę (zmiany dzienne albo nocne po 12 godzin) nie mam regularnego trybu życia i rytmu dobowego. Śpię, kiedy mogę, wstaję, kiedy budzą. Siłą rzeczy muszę sypiać w dzień, czasem potrzebuję tego snu więcej, czasem mniej i milion razy już sobie obiecywałam, że będę po prostu słuchała własnego organizmu, bo on sam powinien wiedzieć, co dla niego najlepsze.
Aczkolwiek mój wewnętrzny chuj ma na ten temat inne zdanie.]

Kiedy kładę się spać przed nocną zmianą, albo po nocnej zmianie, bo padam na ryj: „Ej, kurwa, jest środek dnia, o tej porze ludzie żyją, są aktywni, a ty chcesz spać? Tyle godzin stracić? Tyle możliwości? Taką ładną pogodę? Wstyd, leniu śmierdzący!

Kiedy nie kładę się spać, bo nie czuję się śpiąca: „Tak, siedź jak ten debil, zamiast odpocząć, a potem łaź jak zombie i jojcz, że jesteś zmęczona! Przecież i tak w tym czasie niczego sensownego nie zrobisz!”

 

JEDZENIE

Kiedy przez kilka dni odżywiam się głównie przegryzanymi na szybko kanapkami, bo nie mam czasu, albo siły, albo ochoty gotować: „Jak ty żyjesz w ogóle, jaskiniowcu jeden?! Przecież to niezdrowo! Ugotowałabyś coś porządnego, normalny obiad w końcu zrobiła! Zagłodzisz się, jak tak dalej pójdzie i umrzesz i w sumie mała strata, nikt nie będzie szczególnie płakał.”

Kiedy gotuję „normalny obiad”: „I po co stoisz przy tych garach pół dnia? Zupą z torebki tak samo byś się najadła i szybciej by było, byś nie traciła czasu na jakieś dziwactwa, które i tak nie wyjdą, jak powinny. Poza tym znowu bajzlu w kuchni narobiłaś, w zlewie znowu stos garów… Czy ty przez dwa dni nie potrafisz utrzymać porządku?!”

Kiedy zamawiamy z Nerdem żarcie z restauracji, bo takiego mamy akurat smaka: „No pięknie! Nie dosyć, że to niezdrowe, to jeszcze tyle kasy na to idzie. W ogóle to jesteś chujowa do kwadratu, bo znowu nie gotujesz i nie ma ciepła domowego ogniska. Weź zgiń w czeluściach Mordoru!”

 

ROZRYWKA

Kiedy mam ochotę obejrzeć albo poczytać coś lekkiego: „Pierdolę, budyń zamiast mózgu, serio. I po to się edukuje ludzi w tym kraju, żeby tacy impotenci umysłowi rośli? Można by pomyśleć, że stać cię na więcej, ale no chyba jednak, kurwa, nie. Jesteś głupia, po prostu, jak noga od stołka i słów nie mam i walisz siurem.”

Kiedy mnie najdzie na coś ambitniejszego: „No i na co ci to? Kogo próbujesz oszukać? Myślisz, że co? Że będziesz mądra? Fajna? Nie będziesz. Będziesz tylko kolejnym tłukiem, który przeczytał książkę, nachapał się niepotrzebnej wiedzy i pokwikuje z zadowolenia, przekonany o własnej zajebistości.”

 

TWÓRCZOŚĆ

Kiedy piszę, rysuję, albo idę na zdjęcia: „Poważnie? Nie wiem, czy jesteś tego świadoma, ale nie masz już dwunastu lat i może by wypadało przestać rżnąć wielką artystkę, co? Ani ci to dobrze nie idzie, ani nic z tego nie masz, a jeszcze się chwalisz w necie, jakby było czym. Że ci nie wstyd takie gówno ludziom pokazywać… Żałosne.”
Mózg na to nieśmiało: „Ale ej, patrz. Inni też piszą, rysują, fotografują i serio uważam, że to jest naprawdę super i łał. Nawet jak nie robią tego profesjonalnie. Samo to, że próbują, że im się chce, że mają pasje… Dlaczego jak ja robię to samo, to nie może być super i łał?”
Wewnętrzny chuj: „A widziałaś, jak to robią ci inni? Robią to dobrze. A ty jak to robisz? Chujowo. Z czym do ludzi, nie kompromituj się, naprawdę.”

Jak nie mam weny albo siły, żeby robić coś własnego i chcę się zająć czymś innym: „I znowu się opierdalasz? Pewnie, tak najłatwiej. Niczego w życiu nie osiągniesz i skończysz w rowie. I dobrze ci tak.”

 

ŻYCIE TOWARZYSKIE

Jak wolę posiedzieć w domu: „Nie no, spoko, tylko się potem nie dziw, że cię nikt nie lubi. Jesteś dzika i aspołeczna i może się faktycznie wyprowadź do tej ziemianki w głębokiej Rosji.”

Jak wolę wyjść do ludzi: „Przecież i tak nie masz o czym z nimi gadać, bo nie masz życia. Znowu się nażłopiesz piwa, żeby ci się jęzor rozwiązał, a jak ci się rozwiąże, to będziesz lamentować i narzekać na własne spierdolenie. Siedź już lepiej w domu i wsi nie rób.”

 

I tak jest ze wszystkim. Te kategorie dzielą się jeszcze na podkategorie i właściwie to niemal każdą poszczególną czynność mogłabym w ten sposób przedstawić – siedzenie w wannie, napisanie komentarza na forum, w gorszych dniach może to być nawet wypicie herbaty! I zwracam uwagę, że mówię tu przez cały czas o sytuacji, w której mam szczerą ochotę i potrzebę robić określoną rzecz. Bo gdyby chodziło o to, że się zmuszam, to byłoby zrozumiałe, że coś we mnie protestuje. Ale nie. Podejmuję dane działania z własnej woli i ma mi ono sprawić przyjemność, a mimo tego czuję się fatalnie – jakbym oszukiwała siebie, innych, cały świat, który przecież ma mnie w dupie, co mi nie przeszkadza się samobiczować.

Pojęcia nie mam, skąd to się bierze. Może ze szkoły, gdzie przez tyle lat słyszałam „musisz się uczyć” i cały czas żyłam ze świadomością, że zawsze wisi nade mną kolejny temat do przerobienia, kolejna klasówka, kolejne kolokwium i nie można marnować czasu na opierdalanie się? Może z domu, gdzie rodzice chcieli, żeby podejmowane przeze mnie aktywności były „przyszłościowe”, „kształcące” i „rozwijające”, cokolwiek to znaczy? Może trochę przez korzystanie z mediów społecznościowych i blogów, co mi trochę zaburza perspektywę i każe wierzyć, że wszyscy dookoła mają fajne życie, a przynajmniej fajniejsze niż moje, i robią ciekawe rzeczy?
Tylko że to wszystko od biedy tłumaczyłoby, dlaczego nie potrafię odpoczywać i źle się czuję, gdy pozwolę sobie na relaks. Tylko że ja pracować też nie umiem. Wkładam dużo wysiłku w pisanie, fotografowanie, czy rysowanie, staram się we własnym zakresie poszerzać swoje zainteresowania i zdobywać nową wiedzę, a mimo tego i tak patrzę na siebie z zażenowaniem, że co ja w ogóle odpierdalam, mogłabym się w końcu ogarnąć i nie udawać, że umiem robić rzeczy, których nie umiem i mam zdolności, których nie mam.

Przecież to idzie oszaleć! Tak się nie da funkcjonować. Naprawdę nie robię niczego, o co mogłabym mieć do siebie pretensje, a wręcz przeciwnie, czasem robię rzeczy, które u innych uważam za fajne. I jestem tego świadoma. Wiem to, tak na zdrowy rozum. Tylko że wewnętrzny chuj nie ma nic wspólnego z rozumem, tym bardziej ze zdrowym.
Chciałabym umieć kazać mu się zamknąć. Przekonać, że jeśli biorę się za coś, na co mam ochotę i co mi sprawi przyjemność, to jest to najlepsza rzecz, jaką mogę w danym momencie zrobić, lepszej nie ma, nie będzie, i papa ciasno, ty trujący tępy worze! Chciałabym, żeby wtedy posłuchał, odpuścił i pozwolił mi swobodnie dokonywać wyborów i cieszyć się wolnym czasem, którego nie mam dużo, a już na pewno zbyt mało, by go marnować na zadręczanie się.
Nawet teraz, gdy piszę ten post, wewnętrzny chuj robi swoje. Im bliższa jestem skończenia i kliknięcia „opublikuj”, tym głośniej się awanturuje, że nie powinnam tego robić, że to głupie, dziecinne tak się żalić w Internecie, że to i tak nikogo nie obchodzi i tylko wyjdę na idiotkę.

Na argument, że to mój blog i mogę publikować, co chcę, pozostaje głuchy.

rozczarowanie

Opublikowano (nie)ogarniam! | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 3 Komentarze

Gdzie się podziali źli ludzie?

ludzie

Nie robię żadnej tajemnicy z tego, że nie jestem największą fanką ludzkości. Bomby atomowej lepiej mi pod opieką nie zostawiać. Chociaż czasem, dla dobra własnego i innych, staram się to ukrywać, podejście do życia mam raczej pesymistyczne i niewiele pozytywnych rzeczy mogę powiedzieć o ludzkiej naturze. Często się wkurzam i zdarza mi się obrzucać bliźnich werbalnym łajnem. Żaden to powód do dumy i właściwie to sądzę, że jestem okropna.
Tym bardziej szokuje mnie obserwacja, że ktoś taki, jak ja, może jednak okazać się bardziej pozytywnie nastawiony do ludzi niż ci tak zwani normalni, którzy nie deklarują chęci zrobienia użytku z bomby atomowej.
Okazuje się, że świat taki, jakim go postrzegam, nie jest nawet w połowie tak wstrętnym miejscem, jak świat niektórych ludzi, z którymi zdarza mi się rozmawiać. Mogę sobie być ponura i (prawie) nikogo nie lubić, ale przynajmniej mam szczęście nie żyć wśród kreatur, o których mi naokoło opowiadają. Słucham różnych historii, czytam blogi i wpisy w mediach społecznościowych i nie mogę nie zauważyć, że mnóstwo osób wypowiada się tak, jakby zdarzało im się w życiu obcować wyłącznie, a przynajmniej przeważnie, z ludźmi złymi, leniwymi, cwanymi i chamskimi. Takie jednostki istnieją, to nie ulega wątpliwości, ale czy naprawdę występują tak masowo, jakby to wynikało z tych relacji? Zwłaszcza że ja, przy całym swoim krytycyzmie, nie mogę powiedzieć, żebym dużo ich na swojej drodze spotkała.

Ci, którzy nic nie robią

Zaczęło się w mojej pierwszej pracy. Jedna koleżanka wspomniała mi raz czy drugi, że inna nic nie robi. Olewa obowiązki, opierdziela się i trzeba za nią tyrać. Ciągle się leni i pozostali w sumie też. W dupie mają robotę i tylko ona, ta mówiąca, jest sumienna i odpowiedzialna. Taki żywot, no niestety. Ciężkie westchnienia, kręcenie głową. Kurtyna.
Może i bym zaraz o tym zapomniała, gdybym parę dni później nie rozmawiała z kolejną osobą i nie usłyszała, że to ta osoba właśnie zapierdala, a cała reszta ma wywalone. Cała reszta, w tym moja pierwsza rozmówczyni, która mi przecież próbowała udowadniać, że bez niej całą firmę szlag by trafił. No to w końcu jak? Następny pracownik, z którym gadałam, zgodnie krytykowany przez poprzedników, miał o nich takie samo zdanie, jakie oni mieli na jego temat, a siebie opisywał jako zgoła podporę całej załogi.
leńNajciekawsze było to, że obserwując z boku i próbując się zorientować, co tu się właściwie odpierdziela i kto ma rację, nieodmiennie dochodziłam do wniosku, że wszyscy. I nikt. O ile mogłam stwierdzić, członkowie zespołu pracowali jakościowo porównywalnie, nikt jakoś wyraźnie nie odstawał, ani szczególnie się nie wyróżniał. Wszyscy miewali czasem gorsze dni, ale też wszyscy potrafili się sprężyć i dużo z siebie dać.
A jednak te utyskiwania nie ustawały. Nigdy nie przekazywałam dalej tego, co mi mówiono, więc z czasem zaczęto mówić tym chętniej. Słuchałam z ciekawością i obserwowałam, jak te wszystkie opinie mają się do faktów. Nijak się nie miały.
Zaczęłam być uważniejsza, bardziej sceptyczna, także poza pracą. Kiedyś po prostu wierzyłam na słowo, gdy ktoś utyskiwał na leniwych kolegów, współpracowników, członków rodziny. Teraz już nie jestem do tego taka skłonna.
Każdy patrzy ze swojej perspektywy i pewnie każdemu czasem się zdarza pomyśleć, że pracuje więcej i ciężej niż inni. Też mi się czasem wydaje, że zasuwam, jak wół i przejmuję się wszystkim, podczas gdy pozostali sobie odpuszczają. Ale wtedy przywołuję się do porządku, bo przecież wiem, że to nieprawda. Z ręką na sercu – nie znam chyba nikogo, kto faktycznie byłby patologicznym leniem, przez którego trafiałby mnie szlag. Niektórym zdarzy się cięższy dzień, jakaś losowa sytuacja, zwykła chwilowa niechcica, tak. Widzę, kiedy ktoś pracuje mniej wydajnie, kiedy odpuszcza może trochę zbyt dużo, ale też wiem, że i mnie się to zdarza. Możliwe, że niektórzy zaoszczędziliby sporo nerwów, gdyby podobnie na to spojrzeli. I atmosfera w niejednym miejscu pracy by się poprawiła. Nie jesteśmy maszynami, nasi współpracownicy tez nimi nie są, a podkreślanie swoich zasług poprzez szkalowanie innych jest po prostu nie w porządku. Można być dumnym z wykonanej pracy bez deprecjonowania cudzej.

Ci, którzy mają mnie gdzieś

Internetowe memy przekonują uparcie, że jeśli komuś zależy na znajomości ze mną, to będzie o mnie zabiegał. Że tylko ci, którzy się dla mnie poświęcają, są coś warci i zasługują, by zostać w moim życiu, a ja ewentualnie mogę dać coś z siebie tylko tym, od których sama dostaję. A co ja? Święta krowa?
mem1Wiele utyskiwań na ludzi bierze się właśnie z tego dziwnego wyobrażenia, że to oni są nam coś winni i nam tego nie dają. Czasem zdarza mi się taki dzień totalnie fuj, że zwijam się pod kocem w krewetkę i chlipię, że jakbym umarła, to nawet nikt by nie zauważył, bo nikt nie pisze, nie dzwoni, wszyscy mają w dupie i mnie olewają. Żodyn nie spyta, jak się czuję, czy wszystko ok. Żodyn!
Ale jakby się tak dobrze zastanowić – z iloma osobami ja kontaktuję się na co dzień? Z iloma jestem na tyle blisko, by sama wyczuć, kiedy coś jest nie tak? Pomijając rodzinę i chłopaka – może z czterema. I nie oznacza to, że lubię tylko cztery osoby, tylko z czterema się widuję i mój krąg znajomych wyłącznie do nich się ogranicza. Absolutnie nie. Jest, wbrew pozorom, sporo osób, które darzę sympatią, z którymi spotykam się od czasu do czasu, ale po prostu nie mam z nimi aż tak bliskich relacji. Nie zgadnę, kiedy mają problem, kiedy jest im źle, nie wlezę im w życie z butami, próbując na siłę uszczęśliwiać, co nie znaczy, że mam ich w dupie. Jeśli dadzą sygnał, że coś jest nie tak, chcą porozmawiać, że potrzebują pomocy, będę do dyspozycji, w miarę moich skromnych możliwości.mem3
Jestem świadoma tego, że moi znajomi, nawet bliscy znajomi, mają swoje życie i nie istnieją tylko po to, żeby mi umilać egzystencję. Nie oczekuję, że będą się dla mnie poświęcać, rezygnować z innych planów z powodu mojego kaprysu, przyjeżdżać o 3 nad ranem z winem i czekoladą, gdy akurat mam PMS. Jesteśmy dorosłymi ludźmi, mamy obowiązki, często bywamy zmęczeni, nie zawsze mamy dla siebie wzajemnie czas. Coraz trudniej o spontaniczne wypady i wspólne szaleństwa. Jeśli mam ochotę z kimś się spotkać, porozmawiać, wspólnie coś zrobić, to jeszcze nie znaczy, że ta druga osoba też ma na to ochotę. A może i nawet ma, tylko niekoniecznie dysponuje akurat czasem, czy możliwościami. Ale to nie znaczy, że ma mnie w dupie. Jednocześnie też nie czytamy sobie wzajemnie w myślach, więc jeśli potrzebuję wsparcia, to się o nie zwracam, a nie siedzę, czekam i obrażam się, jak nikt się nie domyśli. Nie oczekuję od innych niemożliwości i sama nikomu nie mogę jej zaoferować.
mem2Ciekawi mnie niezmiernie, czy wszyscy ci narzekający na brak zaangażowania innych w znajomość, sami faktycznie kontaktują się codziennie z ludźmi ze swojego otoczenia, tak bardzo się nimi interesują i są na każde zawołanie. Jeśli tak, to może faktycznie są przyjaciółmi idealnymi. A może creepami bez własnego życia.

Ci, którzy ciągle czegoś chcą

Robię na co dzień dużo głupich rzeczy i zdarza się, że ktoś mi czasem okazuje dezaprobatę, ale największe potępienie ze strony otoczenia spotyka mnie, paradoksalnie, wtedy, kiedy nie czynię akurat niczego złego, a wręcz przeciwnie.
Jakbym wyznała, że spaliłam trzy wsie, wyrżnęłam kobiety i dzieci, to może ktoś tam by napomknął, że to nieładnie, bo przemoc nie jest rozwiązaniem i nie tak mnie przecież mama uczyła. Natomiast kiedy powiem, że zgodziłam się komuś pomóc, wyświadczyć przysługę, wtedy wszyscy dookoła biją na alarm. „Ale po co? Dlaczego ty? Niech sam sobie zrobi, albo niech poszuka innego jelenia! Trzeba się było nie zgadzać, teraz się będziesz użerać, nigdy ci już nie da spokoju! A pamiętasz, trzynaście lat temu, jak coś od niego chciałaś, to nie pomógł! Nie daj się wykorzystywać, ludzie wyczuwają słabość, nie możesz im tak pozwalać!”
Nie przesadzam. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w życiu, napomknąwszy o tym, że postanowiłam komuś pomóc, usłyszała „O, to miło z twojej strony!” I żeby jeszcze chodziło o jakieś wielkie przysługi. Ale nie, zwykłe, codzienne sprawy – zamienić się z kimś w robocie, zostać chwilę po godzinach, żeby coś wytłumaczyć nowemu koledze, pomóc w nauce do kolokwium, czy w napisaniu pracy na zaliczenie. Nie zdarza się to nagminnie, dotyczy różnych osób, ale reakcje ludzi, którzy o tym słyszą, zawsze są takie same.
Wszyscy zakładają, że coś mi chyba zaćmiło mózg i trzeba mnie szybko ratować, uświadomić mi, że nie powinnam się zgadzać. Na nic najlepiej. W ogóle. Nigdy. Nieważne, że akurat mogę. Nieważne, że nie sprawi mi to kłopotu, a komuś coś ułatwi. Nie powinnam i już! Dlaczego się dałam w coś takiego wrobić?! Czy można to jeszcze odkręcić?!
Nikomu nie przyjdzie do głowy, że wciąż jestem jeszcze zdrowa na ciele i umyśle, podejmuję decyzje świadomie, i niczego, do cholery, nie chcę odkręcać.
czegoś chcąGdy słucham ludzi narzekających bez przerwy, że inni czegoś od nich chcą, nie potrafię nie odwoływać się do tych doświadczeń. Bardzo rzadko wierzę, że sytuacja przedstawia się naprawdę aż tak dramatycznie, jak ją opisują. Wiem, że istnieją cwaniaki, co tylko patrzą, kogo by tu wykorzystać, żeby się nie narobić, ale dobrze byłoby ich jednak odróżniać od ludzi, którzy akurat po prostu potrzebują pomocy, albo przysługi. Tylko że przecież łatwiej jest każdą prośbę rozpatrzeć negatywnie, a potem ze swojego bycia nieużytym zrobić cnotę, „bo się nie dałem”.
Czy ci, którzy myślą i zachowują się w ten sposób, nigdy w życiu nikogo o nic nie poprosili? Nigdy nie skorzystali z pomocy? Samowystarczalni, czy jak?

Wiem, że ludzie są zdolni do różnych okropieństw, ale w tym, o czym pisałam powyżej, niczego naprawdę okropnego nie widzę. Najgorsze z tego wszystkiego jest negatywne nastawienie narzekających i jakaś taka bezmyślna niezdolność odróżnienia toksycznych jednostek, które naprawdę chcą źle, od zwykłych ludzi, których jedynym grzechem jest to, że nie są idealnymi, samowystarczalnymi maszynami spełniającymi wszelkie oczekiwania krytykujących.
Może to próby maskowania własnych niedoskonałości, poprzez wyolbrzymianie niedoskonałości innych, może tylko brak empatii i wyrozumiałości? Nie wiem, żaden ze mnie psycholog, nie znam się na tym. Podejrzewam, że ci, którzy tak chętnie utyskują na złych, okropnych ludzi, dla innych sami są złymi, okropnymi ludźmi. Też kiedyś nie dopilnowali czegoś w pracy, też zaniedbali jakąś znajomość i też zdarzyło im się potrzebować pomocy. Tylko wtedy oczywiście nie widzieli w tym niczego złego.

grumpy cat

Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Nie rozumiesz?

violence_against_women

Dzisiaj będzie wyjątkowo krótko, jak na mnie, bo nie jestem w nastroju na kwieciste przemowy.
Bezpośrednim bodźcem do stworzenia tego wpisu była sprawa pani Karoliny Piaseckiej, którą to – sprawę, nie panią Karolinę – od początku śledziłam z uwagą. Koncentrowałam się głównie na reakcjach ludzi po tym, jak żona byłego już radnego PiS z Bydgoszczy, ujawniła publicznie, że przez całe lata doznawała ze strony męża przemocy fizycznej, psychicznej i seksualnej. Może dzięki temu, że sprawa była tak głośna i szeroko komentowana uwidocznił się pewien problem, z którego skali chyba nie do końca zdawałam sobie do tej pory sprawę, choć byłam świadoma jego istnienia. Nie raz i nie dwa przy okazji czytania rozmaitych dyskusji krew jasna mnie zalewała, ale po komentarzach na temat pani Piaseckiej, zalała mnie ostatecznie.
I nie, wbrew pozorom nie będę tu mówić o zwyrodnialcach, usprawiedliwiających oprawcę, bo to są, w moim odczuciu, ludzie chorzy, których światopogląd nie mieści mi się we łbie, mimo że łeb mam dość pojemny. Nie, to temat na zupełnie inny tekst, więc w tej chwili dajmy im spokój, uczcijmy ich dawno zgniłe mózgi minutą ciszy.
Moją uwagę zwróciły komentarze osób, które owszem, popierają decyzję pani Karoliny o odejściu od męża psychopaty, ALE.
„Ale czemu tak późno?”, „Czemu czekała tyle lat?”, „Jakaś nienormalna!”, „Powinna uciec od razu!”, „Co ona sobie myślała?”, „Ja to po pierwszym razie…”, „Nigdy bym sobie tak nie pozwoliła!”
„JA NIE ROZUMIEM!”

Szanowne komentatorki i komentatorzy, naprawdę cieszę się, że nie rozumiecie i życzę, żebyście nigdy nie musieli zrozumieć. Może nawet trochę Wam zazdroszczę wizji świata zaludnionego przez same silne kobiety, odchodzące po pierwszym alarmującym sygnale, bezkompromisowe, gotowe w każdej sytuacji walczyć o siebie i swoją przyszłość. Wiem oczywiście, że takie istnieją i życzyłabym sobie, żeby ich było jak najwięcej. Tylko że tak się nie stanie, jeśli te mniej odważne będą traktowane, no… tak właśnie, jak je traktujecie.
Kiedy, i czy w ogóle, kobieta odejdzie od sadysty, zależy od mnóstwa czynników. To, co dla Was jest oczywiste, nie dla każdej takie jest. I jakkolwiek dziwne by się Wam to nie wydawało – to prawda. Nie wiecie, kim te kobiety są, jak myślą, w co wierzą i czy jeszcze w ogóle w cokolwiek. Nie wiecie, jak wiele może je kosztować zwrócenie się o pomoc. Czegokolwiek nie powiedzielibyście o sobie, one nie są Wami. Koniec. Nie będę się w to wdawała szczegółowo, nie analizy psychologiczno-socjologicznej tu potrzeba, a po prostu odrobiny empatii.
Samo opowiadanie o takim koszmarze może być niewyobrażalnie trudne. Pogardliwe komentarze o idiotkach, co tyle czasu dawały sobą pomiatać i nagle się obudziły, zdecydowanie nie pomagają. Zgadzacie się, że przemoc jest zła. Zgadzacie się, że od damskich bokserów trzeba wiać, gdzie pieprz rośnie, a jednocześnie kiedy kobieta w końcu faktycznie zwieje, jest gnojona, bo za późno. Bo za długo zwlekała. Bo chyba jest jakaś pojebana, że mu tak długo na to pozwalała.
Mówi się o wsparciu dla ofiar przemocy, ale czy mamy wspierać tylko te, które odeszły po pierwszym incydencie, czy po drugim też jeszcze można? Bo po trzecim, to już pewnie za dużo, już się wsparcie nie należy. A kiedy gehenna zaczyna liczyć się w latach, to w ogóle nie ma co się taką debilką przejmować. Tyle wytrzymała, to i do śmierci by jakoś dotrwała, nie? Po co aferę robi?

Wszystkich, którzy „nie rozumieją”, proszę z tego miejsca – nie dawajcie swemu niezrozumieniu upustu. Nie w takiej pogardliwej i demotywującej formie. Jeśli nie chcecie pomóc, przynajmniej nie przeszkadzajcie. Te kobiety nasłuchały się już w życiu obelg, nie sądzę, by potrzebowały kolejnych. Odejście od kata jest zawsze słuszną decyzją i nikt nie ma prawa nikomu wyliczać czasu, który zajęło jej podjęcie. Choćby kobieta zdecydowała się kopnąć bydlaka w dupę po osiemdziesięciu latach małżeństwa, zgoła na łożu śmierci, należy jej się podziw, pomoc i bezwarunkowe wsparcie, a nie stanie nad nią z kalendarzem, podliczanie i ocenianie, do jakiego stopnia jest głupia.

Jeśli znasz taką kobietę, albo poznasz, albo o jakiejś przeczytasz lub usłyszysz, w sobie, w środku możesz nie rozumieć. Możesz się zastanawiać, dlaczego dopiero teraz i tak dalej. Ale jeśli będziesz z nią rozmawiać, albo zabierzesz się do pisania komentarzy w Internecie, proszę, daruj sobie takie pytania, a już tym bardziej mądrości odnośnie tego, co i kiedy powinna była zrobić. To, co się stało, już się nie odstanie, a ona nie ma żadnego obowiązku się tłumaczyć. Jeśli chcesz, pomóż, wesprzyj, pogratuluj odwagi i słusznej decyzji. Jeśli nie jesteś w stanie się na to zdobyć – po prostu przemilcz. Tak będzie lepiej.

Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz