Lepiej nie będzie, wewnętrzny ch*ju!

rozczarowanie 2

Mówiłam już gdzieś kiedyś, że jak mam doła, to ograniczam internetowa aktywność. Co znaczy, ze jej niemal w ogóle nie przejawiam, ponieważ doła mam ciągle. W sumie nie wiem dlaczego się wtedy wycofuję z blogowania. Ostatecznie Internet widział już gorsze rzeczy niż mój dół i jeszcze się jakoś nie skończył, więc spokojnie mogłabym komunikować, że jest źle, jeśli mam taką potrzebę, i liczyć na terapeutyczną moc pisania. Parokrotnie nawet chciałam spróbować, ale za każdym razem coś mnie blokowało. Taki wewnętrzny mały chuj, który we mnie siedzi i niestrudzenie przekonuje, że to, co robię, nie ma sensu.

Bydlę jest niezmordowane, przysięgam. Od lat nie zamknął się ani na chwilę i każdą aktywność (albo brak aktywności) potrafi mi obrzydzić. Za co bym się nie zabrała, gnojek znajdzie z miejsca pierdyliard argumentów, dlaczego nie powinnam tego robić. Nawet czynności tak oczywiste, jak jedzenie i spanie zdołał wykorzystać do tego, żebym czuła się ze sobą źle. Przyznam, że świetnie mu to wychodzi – stanowię aktualnie obraz nędzy i rozpaczy oraz odczuwam do siebie permanentną odrazę. Niekończące się mentalne samobatożenie to nie jest coś, z czym da się normalnie żyć, toteż nie żyję normalnie. Jestem wykończona, mam dosyć, i chciałabym się tej oślizgłej kreatury pozbyć ze swojej głowy.

Tylko że nawet nie mam pomysłu, jak się za to zabrać. Plugastwo opanowało już każdy aspekt mojego życia i stwierdzam z przerażeniem, że prawie nie pamiętam czasów, gdy potrafiłam się z czegokolwiek cieszyć bez robienia sobie wyrzutów, że powinnam się zająć czymś innym. Czort tam, że nie wiem, czym by to „coś innego” miało być. Ważne, że na pewno nie tym, co robię w tej chwili. Bo to, co robię w tej chwili jest głupie / bezproduktywne / odmóżdżające / za bardzo na pokaz / egoistyczne / niepoważne / nieprofesjonalne / nieważne i… długo bym tak mogła. Czasem myślę, że choćbym uratowała wszechświat przed zagładą, wewnętrzny chuj i tak by mnie przekonał, że to doprawdy nie było nikomu potrzebne, zmarnowałam czas i tylko się ośmieszam.

Angażuję cały zdrowy rozsądek w tłumaczenie sobie, że mogę robić, co mi się żywnie podoba, ponieważ jestem dorosła, dowolnie dysponuję własnym wolnym czasem i naprawdę nie mam żadnego powodu, by czuć się winna. Ogromny wysiłek wkładam na co dzień w to, by udawać, że wierzę w te tłumaczenia i że wszystko jest w porządku, ale prawda jest taka, że to, co wiem, co sobie tak rozsądnie w myślach klaruję i co brzmi całkiem sensownie, nie ma zupełnie pokrycia w faktycznych odczuciach. Bo w nich już niepodzielnie panuje mały chuj.

nie lubię siebie

SEN

[Ze względu na pracę (zmiany dzienne albo nocne po 12 godzin) nie mam regularnego trybu życia i rytmu dobowego. Śpię, kiedy mogę, wstaję, kiedy budzą. Siłą rzeczy muszę sypiać w dzień, czasem potrzebuję tego snu więcej, czasem mniej i milion razy już sobie obiecywałam, że będę po prostu słuchała własnego organizmu, bo on sam powinien wiedzieć, co dla niego najlepsze.
Aczkolwiek mój wewnętrzny chuj ma na ten temat inne zdanie.]

Kiedy kładę się spać przed nocną zmianą, albo po nocnej zmianie, bo padam na ryj: „Ej, kurwa, jest środek dnia, o tej porze ludzie żyją, są aktywni, a ty chcesz spać? Tyle godzin stracić? Tyle możliwości? Taką ładną pogodę? Wstyd, leniu śmierdzący!

Kiedy nie kładę się spać, bo nie czuję się śpiąca: „Tak, siedź jak ten debil, zamiast odpocząć, a potem łaź jak zombie i jojcz, że jesteś zmęczona! Przecież i tak w tym czasie niczego sensownego nie zrobisz!”

 

JEDZENIE

Kiedy przez kilka dni odżywiam się głównie przegryzanymi na szybko kanapkami, bo nie mam czasu, albo siły, albo ochoty gotować: „Jak ty żyjesz w ogóle, jaskiniowcu jeden?! Przecież to niezdrowo! Ugotowałabyś coś porządnego, normalny obiad w końcu zrobiła! Zagłodzisz się, jak tak dalej pójdzie i umrzesz i w sumie mała strata, nikt nie będzie szczególnie płakał.”

Kiedy gotuję „normalny obiad”: „I po co stoisz przy tych garach pół dnia? Zupą z torebki tak samo byś się najadła i szybciej by było, byś nie traciła czasu na jakieś dziwactwa, które i tak nie wyjdą, jak powinny. Poza tym znowu bajzlu w kuchni narobiłaś, w zlewie znowu stos garów… Czy ty przez dwa dni nie potrafisz utrzymać porządku?!”

Kiedy zamawiamy z Nerdem żarcie z restauracji, bo takiego mamy akurat smaka: „No pięknie! Nie dosyć, że to niezdrowe, to jeszcze tyle kasy na to idzie. W ogóle to jesteś chujowa do kwadratu, bo znowu nie gotujesz i nie ma ciepła domowego ogniska. Weź zgiń w czeluściach Mordoru!”

 

ROZRYWKA

Kiedy mam ochotę obejrzeć albo poczytać coś lekkiego: „Pierdolę, budyń zamiast mózgu, serio. I po to się edukuje ludzi w tym kraju, żeby tacy impotenci umysłowi rośli? Można by pomyśleć, że stać cię na więcej, ale no chyba jednak, kurwa, nie. Jesteś głupia, po prostu, jak noga od stołka i słów nie mam i walisz siurem.”

Kiedy mnie najdzie na coś ambitniejszego: „No i na co ci to? Kogo próbujesz oszukać? Myślisz, że co? Że będziesz mądra? Fajna? Nie będziesz. Będziesz tylko kolejnym tłukiem, który przeczytał książkę, nachapał się niepotrzebnej wiedzy i pokwikuje z zadowolenia, przekonany o własnej zajebistości.”

 

TWÓRCZOŚĆ

Kiedy piszę, rysuję, albo idę na zdjęcia: „Poważnie? Nie wiem, czy jesteś tego świadoma, ale nie masz już dwunastu lat i może by wypadało przestać rżnąć wielką artystkę, co? Ani ci to dobrze nie idzie, ani nic z tego nie masz, a jeszcze się chwalisz w necie, jakby było czym. Że ci nie wstyd takie gówno ludziom pokazywać… Żałosne.”
Mózg na to nieśmiało: „Ale ej, patrz. Inni też piszą, rysują, fotografują i serio uważam, że to jest naprawdę super i łał. Nawet jak nie robią tego profesjonalnie. Samo to, że próbują, że im się chce, że mają pasje… Dlaczego jak ja robię to samo, to nie może być super i łał?”
Wewnętrzny chuj: „A widziałaś, jak to robią ci inni? Robią to dobrze. A ty jak to robisz? Chujowo. Z czym do ludzi, nie kompromituj się, naprawdę.”

Jak nie mam weny albo siły, żeby robić coś własnego i chcę się zająć czymś innym: „I znowu się opierdalasz? Pewnie, tak najłatwiej. Niczego w życiu nie osiągniesz i skończysz w rowie. I dobrze ci tak.”

 

ŻYCIE TOWARZYSKIE

Jak wolę posiedzieć w domu: „Nie no, spoko, tylko się potem nie dziw, że cię nikt nie lubi. Jesteś dzika i aspołeczna i może się faktycznie wyprowadź do tej ziemianki w głębokiej Rosji.”

Jak wolę wyjść do ludzi: „Przecież i tak nie masz o czym z nimi gadać, bo nie masz życia. Znowu się nażłopiesz piwa, żeby ci się jęzor rozwiązał, a jak ci się rozwiąże, to będziesz lamentować i narzekać na własne spierdolenie. Siedź już lepiej w domu i wsi nie rób.”

 

I tak jest ze wszystkim. Te kategorie dzielą się jeszcze na podkategorie i właściwie to niemal każdą poszczególną czynność mogłabym w ten sposób przedstawić – siedzenie w wannie, napisanie komentarza na forum, w gorszych dniach może to być nawet wypicie herbaty! I zwracam uwagę, że mówię tu przez cały czas o sytuacji, w której mam szczerą ochotę i potrzebę robić określoną rzecz. Bo gdyby chodziło o to, że się zmuszam, to byłoby zrozumiałe, że coś we mnie protestuje. Ale nie. Podejmuję dane działania z własnej woli i ma mi ono sprawić przyjemność, a mimo tego czuję się fatalnie – jakbym oszukiwała siebie, innych, cały świat, który przecież ma mnie w dupie, co mi nie przeszkadza się samobiczować.

Pojęcia nie mam, skąd to się bierze. Może ze szkoły, gdzie przez tyle lat słyszałam „musisz się uczyć” i cały czas żyłam ze świadomością, że zawsze wisi nade mną kolejny temat do przerobienia, kolejna klasówka, kolejne kolokwium i nie można marnować czasu na opierdalanie się? Może z domu, gdzie rodzice chcieli, żeby podejmowane przeze mnie aktywności były „przyszłościowe”, „kształcące” i „rozwijające”, cokolwiek to znaczy? Może trochę przez korzystanie z mediów społecznościowych i blogów, co mi trochę zaburza perspektywę i każe wierzyć, że wszyscy dookoła mają fajne życie, a przynajmniej fajniejsze niż moje, i robią ciekawe rzeczy?
Tylko że to wszystko od biedy tłumaczyłoby, dlaczego nie potrafię odpoczywać i źle się czuję, gdy pozwolę sobie na relaks. Tylko że ja pracować też nie umiem. Wkładam dużo wysiłku w pisanie, fotografowanie, czy rysowanie, staram się we własnym zakresie poszerzać swoje zainteresowania i zdobywać nową wiedzę, a mimo tego i tak patrzę na siebie z zażenowaniem, że co ja w ogóle odpierdalam, mogłabym się w końcu ogarnąć i nie udawać, że umiem robić rzeczy, których nie umiem i mam zdolności, których nie mam.

Przecież to idzie oszaleć! Tak się nie da funkcjonować. Naprawdę nie robię niczego, o co mogłabym mieć do siebie pretensje, a wręcz przeciwnie, czasem robię rzeczy, które u innych uważam za fajne. I jestem tego świadoma. Wiem to, tak na zdrowy rozum. Tylko że wewnętrzny chuj nie ma nic wspólnego z rozumem, tym bardziej ze zdrowym.
Chciałabym umieć kazać mu się zamknąć. Przekonać, że jeśli biorę się za coś, na co mam ochotę i co mi sprawi przyjemność, to jest to najlepsza rzecz, jaką mogę w danym momencie zrobić, lepszej nie ma, nie będzie, i papa ciasno, ty trujący tępy worze! Chciałabym, żeby wtedy posłuchał, odpuścił i pozwolił mi swobodnie dokonywać wyborów i cieszyć się wolnym czasem, którego nie mam dużo, a już na pewno zbyt mało, by go marnować na zadręczanie się.
Nawet teraz, gdy piszę ten post, wewnętrzny chuj robi swoje. Im bliższa jestem skończenia i kliknięcia „opublikuj”, tym głośniej się awanturuje, że nie powinnam tego robić, że to głupie, dziecinne tak się żalić w Internecie, że to i tak nikogo nie obchodzi i tylko wyjdę na idiotkę.

Na argument, że to mój blog i mogę publikować, co chcę, pozostaje głuchy.

rozczarowanie

Opublikowano (nie)ogarniam! | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 3 komentarze

Gdzie się podziali źli ludzie?

ludzie

Nie robię żadnej tajemnicy z tego, że nie jestem największą fanką ludzkości. Bomby atomowej lepiej mi pod opieką nie zostawiać. Chociaż czasem, dla dobra własnego i innych, staram się to ukrywać, podejście do życia mam raczej pesymistyczne i niewiele pozytywnych rzeczy mogę powiedzieć o ludzkiej naturze. Często się wkurzam i zdarza mi się obrzucać bliźnich werbalnym łajnem. Żaden to powód do dumy i właściwie to sądzę, że jestem okropna.
Tym bardziej szokuje mnie obserwacja, że ktoś taki, jak ja, może jednak okazać się bardziej pozytywnie nastawiony do ludzi niż ci tak zwani normalni, którzy nie deklarują chęci zrobienia użytku z bomby atomowej.
Okazuje się, że świat taki, jakim go postrzegam, nie jest nawet w połowie tak wstrętnym miejscem, jak świat niektórych ludzi, z którymi zdarza mi się rozmawiać. Mogę sobie być ponura i (prawie) nikogo nie lubić, ale przynajmniej mam szczęście nie żyć wśród kreatur, o których mi naokoło opowiadają. Słucham różnych historii, czytam blogi i wpisy w mediach społecznościowych i nie mogę nie zauważyć, że mnóstwo osób wypowiada się tak, jakby zdarzało im się w życiu obcować wyłącznie, a przynajmniej przeważnie, z ludźmi złymi, leniwymi, cwanymi i chamskimi. Takie jednostki istnieją, to nie ulega wątpliwości, ale czy naprawdę występują tak masowo, jakby to wynikało z tych relacji? Zwłaszcza że ja, przy całym swoim krytycyzmie, nie mogę powiedzieć, żebym dużo ich na swojej drodze spotkała.

Ci, którzy nic nie robią

Zaczęło się w mojej pierwszej pracy. Jedna koleżanka wspomniała mi raz czy drugi, że inna nic nie robi. Olewa obowiązki, opierdziela się i trzeba za nią tyrać. Ciągle się leni i pozostali w sumie też. W dupie mają robotę i tylko ona, ta mówiąca, jest sumienna i odpowiedzialna. Taki żywot, no niestety. Ciężkie westchnienia, kręcenie głową. Kurtyna.
Może i bym zaraz o tym zapomniała, gdybym parę dni później nie rozmawiała z kolejną osobą i nie usłyszała, że to ta osoba właśnie zapierdala, a cała reszta ma wywalone. Cała reszta, w tym moja pierwsza rozmówczyni, która mi przecież próbowała udowadniać, że bez niej całą firmę szlag by trafił. No to w końcu jak? Następny pracownik, z którym gadałam, zgodnie krytykowany przez poprzedników, miał o nich takie samo zdanie, jakie oni mieli na jego temat, a siebie opisywał jako zgoła podporę całej załogi.
leńNajciekawsze było to, że obserwując z boku i próbując się zorientować, co tu się właściwie odpierdziela i kto ma rację, nieodmiennie dochodziłam do wniosku, że wszyscy. I nikt. O ile mogłam stwierdzić, członkowie zespołu pracowali jakościowo porównywalnie, nikt jakoś wyraźnie nie odstawał, ani szczególnie się nie wyróżniał. Wszyscy miewali czasem gorsze dni, ale też wszyscy potrafili się sprężyć i dużo z siebie dać.
A jednak te utyskiwania nie ustawały. Nigdy nie przekazywałam dalej tego, co mi mówiono, więc z czasem zaczęto mówić tym chętniej. Słuchałam z ciekawością i obserwowałam, jak te wszystkie opinie mają się do faktów. Nijak się nie miały.
Zaczęłam być uważniejsza, bardziej sceptyczna, także poza pracą. Kiedyś po prostu wierzyłam na słowo, gdy ktoś utyskiwał na leniwych kolegów, współpracowników, członków rodziny. Teraz już nie jestem do tego taka skłonna.
Każdy patrzy ze swojej perspektywy i pewnie każdemu czasem się zdarza pomyśleć, że pracuje więcej i ciężej niż inni. Też mi się czasem wydaje, że zasuwam, jak wół i przejmuję się wszystkim, podczas gdy pozostali sobie odpuszczają. Ale wtedy przywołuję się do porządku, bo przecież wiem, że to nieprawda. Z ręką na sercu – nie znam chyba nikogo, kto faktycznie byłby patologicznym leniem, przez którego trafiałby mnie szlag. Niektórym zdarzy się cięższy dzień, jakaś losowa sytuacja, zwykła chwilowa niechcica, tak. Widzę, kiedy ktoś pracuje mniej wydajnie, kiedy odpuszcza może trochę zbyt dużo, ale też wiem, że i mnie się to zdarza. Możliwe, że niektórzy zaoszczędziliby sporo nerwów, gdyby podobnie na to spojrzeli. I atmosfera w niejednym miejscu pracy by się poprawiła. Nie jesteśmy maszynami, nasi współpracownicy tez nimi nie są, a podkreślanie swoich zasług poprzez szkalowanie innych jest po prostu nie w porządku. Można być dumnym z wykonanej pracy bez deprecjonowania cudzej.

Ci, którzy mają mnie gdzieś

Internetowe memy przekonują uparcie, że jeśli komuś zależy na znajomości ze mną, to będzie o mnie zabiegał. Że tylko ci, którzy się dla mnie poświęcają, są coś warci i zasługują, by zostać w moim życiu, a ja ewentualnie mogę dać coś z siebie tylko tym, od których sama dostaję. A co ja? Święta krowa?
mem1Wiele utyskiwań na ludzi bierze się właśnie z tego dziwnego wyobrażenia, że to oni są nam coś winni i nam tego nie dają. Czasem zdarza mi się taki dzień totalnie fuj, że zwijam się pod kocem w krewetkę i chlipię, że jakbym umarła, to nawet nikt by nie zauważył, bo nikt nie pisze, nie dzwoni, wszyscy mają w dupie i mnie olewają. Żodyn nie spyta, jak się czuję, czy wszystko ok. Żodyn!
Ale jakby się tak dobrze zastanowić – z iloma osobami ja kontaktuję się na co dzień? Z iloma jestem na tyle blisko, by sama wyczuć, kiedy coś jest nie tak? Pomijając rodzinę i chłopaka – może z czterema. I nie oznacza to, że lubię tylko cztery osoby, tylko z czterema się widuję i mój krąg znajomych wyłącznie do nich się ogranicza. Absolutnie nie. Jest, wbrew pozorom, sporo osób, które darzę sympatią, z którymi spotykam się od czasu do czasu, ale po prostu nie mam z nimi aż tak bliskich relacji. Nie zgadnę, kiedy mają problem, kiedy jest im źle, nie wlezę im w życie z butami, próbując na siłę uszczęśliwiać, co nie znaczy, że mam ich w dupie. Jeśli dadzą sygnał, że coś jest nie tak, chcą porozmawiać, że potrzebują pomocy, będę do dyspozycji, w miarę moich skromnych możliwości.mem3
Jestem świadoma tego, że moi znajomi, nawet bliscy znajomi, mają swoje życie i nie istnieją tylko po to, żeby mi umilać egzystencję. Nie oczekuję, że będą się dla mnie poświęcać, rezygnować z innych planów z powodu mojego kaprysu, przyjeżdżać o 3 nad ranem z winem i czekoladą, gdy akurat mam PMS. Jesteśmy dorosłymi ludźmi, mamy obowiązki, często bywamy zmęczeni, nie zawsze mamy dla siebie wzajemnie czas. Coraz trudniej o spontaniczne wypady i wspólne szaleństwa. Jeśli mam ochotę z kimś się spotkać, porozmawiać, wspólnie coś zrobić, to jeszcze nie znaczy, że ta druga osoba też ma na to ochotę. A może i nawet ma, tylko niekoniecznie dysponuje akurat czasem, czy możliwościami. Ale to nie znaczy, że ma mnie w dupie. Jednocześnie też nie czytamy sobie wzajemnie w myślach, więc jeśli potrzebuję wsparcia, to się o nie zwracam, a nie siedzę, czekam i obrażam się, jak nikt się nie domyśli. Nie oczekuję od innych niemożliwości i sama nikomu nie mogę jej zaoferować.
mem2Ciekawi mnie niezmiernie, czy wszyscy ci narzekający na brak zaangażowania innych w znajomość, sami faktycznie kontaktują się codziennie z ludźmi ze swojego otoczenia, tak bardzo się nimi interesują i są na każde zawołanie. Jeśli tak, to może faktycznie są przyjaciółmi idealnymi. A może creepami bez własnego życia.

Ci, którzy ciągle czegoś chcą

Robię na co dzień dużo głupich rzeczy i zdarza się, że ktoś mi czasem okazuje dezaprobatę, ale największe potępienie ze strony otoczenia spotyka mnie, paradoksalnie, wtedy, kiedy nie czynię akurat niczego złego, a wręcz przeciwnie.
Jakbym wyznała, że spaliłam trzy wsie, wyrżnęłam kobiety i dzieci, to może ktoś tam by napomknął, że to nieładnie, bo przemoc nie jest rozwiązaniem i nie tak mnie przecież mama uczyła. Natomiast kiedy powiem, że zgodziłam się komuś pomóc, wyświadczyć przysługę, wtedy wszyscy dookoła biją na alarm. „Ale po co? Dlaczego ty? Niech sam sobie zrobi, albo niech poszuka innego jelenia! Trzeba się było nie zgadzać, teraz się będziesz użerać, nigdy ci już nie da spokoju! A pamiętasz, trzynaście lat temu, jak coś od niego chciałaś, to nie pomógł! Nie daj się wykorzystywać, ludzie wyczuwają słabość, nie możesz im tak pozwalać!”
Nie przesadzam. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w życiu, napomknąwszy o tym, że postanowiłam komuś pomóc, usłyszała „O, to miło z twojej strony!” I żeby jeszcze chodziło o jakieś wielkie przysługi. Ale nie, zwykłe, codzienne sprawy – zamienić się z kimś w robocie, zostać chwilę po godzinach, żeby coś wytłumaczyć nowemu koledze, pomóc w nauce do kolokwium, czy w napisaniu pracy na zaliczenie. Nie zdarza się to nagminnie, dotyczy różnych osób, ale reakcje ludzi, którzy o tym słyszą, zawsze są takie same.
Wszyscy zakładają, że coś mi chyba zaćmiło mózg i trzeba mnie szybko ratować, uświadomić mi, że nie powinnam się zgadzać. Na nic najlepiej. W ogóle. Nigdy. Nieważne, że akurat mogę. Nieważne, że nie sprawi mi to kłopotu, a komuś coś ułatwi. Nie powinnam i już! Dlaczego się dałam w coś takiego wrobić?! Czy można to jeszcze odkręcić?!
Nikomu nie przyjdzie do głowy, że wciąż jestem jeszcze zdrowa na ciele i umyśle, podejmuję decyzje świadomie, i niczego, do cholery, nie chcę odkręcać.
czegoś chcąGdy słucham ludzi narzekających bez przerwy, że inni czegoś od nich chcą, nie potrafię nie odwoływać się do tych doświadczeń. Bardzo rzadko wierzę, że sytuacja przedstawia się naprawdę aż tak dramatycznie, jak ją opisują. Wiem, że istnieją cwaniaki, co tylko patrzą, kogo by tu wykorzystać, żeby się nie narobić, ale dobrze byłoby ich jednak odróżniać od ludzi, którzy akurat po prostu potrzebują pomocy, albo przysługi. Tylko że przecież łatwiej jest każdą prośbę rozpatrzeć negatywnie, a potem ze swojego bycia nieużytym zrobić cnotę, „bo się nie dałem”.
Czy ci, którzy myślą i zachowują się w ten sposób, nigdy w życiu nikogo o nic nie poprosili? Nigdy nie skorzystali z pomocy? Samowystarczalni, czy jak?

Wiem, że ludzie są zdolni do różnych okropieństw, ale w tym, o czym pisałam powyżej, niczego naprawdę okropnego nie widzę. Najgorsze z tego wszystkiego jest negatywne nastawienie narzekających i jakaś taka bezmyślna niezdolność odróżnienia toksycznych jednostek, które naprawdę chcą źle, od zwykłych ludzi, których jedynym grzechem jest to, że nie są idealnymi, samowystarczalnymi maszynami spełniającymi wszelkie oczekiwania krytykujących.
Może to próby maskowania własnych niedoskonałości, poprzez wyolbrzymianie niedoskonałości innych, może tylko brak empatii i wyrozumiałości? Nie wiem, żaden ze mnie psycholog, nie znam się na tym. Podejrzewam, że ci, którzy tak chętnie utyskują na złych, okropnych ludzi, dla innych sami są złymi, okropnymi ludźmi. Też kiedyś nie dopilnowali czegoś w pracy, też zaniedbali jakąś znajomość i też zdarzyło im się potrzebować pomocy. Tylko wtedy oczywiście nie widzieli w tym niczego złego.

grumpy cat

Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Nie rozumiesz?

violence_against_women

Dzisiaj będzie wyjątkowo krótko, jak na mnie, bo nie jestem w nastroju na kwieciste przemowy.
Bezpośrednim bodźcem do stworzenia tego wpisu była sprawa pani Karoliny Piaseckiej, którą to – sprawę, nie panią Karolinę – od początku śledziłam z uwagą. Koncentrowałam się głównie na reakcjach ludzi po tym, jak żona byłego już radnego PiS z Bydgoszczy, ujawniła publicznie, że przez całe lata doznawała ze strony męża przemocy fizycznej, psychicznej i seksualnej. Może dzięki temu, że sprawa była tak głośna i szeroko komentowana uwidocznił się pewien problem, z którego skali chyba nie do końca zdawałam sobie do tej pory sprawę, choć byłam świadoma jego istnienia. Nie raz i nie dwa przy okazji czytania rozmaitych dyskusji krew jasna mnie zalewała, ale po komentarzach na temat pani Piaseckiej, zalała mnie ostatecznie.
I nie, wbrew pozorom nie będę tu mówić o zwyrodnialcach, usprawiedliwiających oprawcę, bo to są, w moim odczuciu, ludzie chorzy, których światopogląd nie mieści mi się we łbie, mimo że łeb mam dość pojemny. Nie, to temat na zupełnie inny tekst, więc w tej chwili dajmy im spokój, uczcijmy ich dawno zgniłe mózgi minutą ciszy.
Moją uwagę zwróciły komentarze osób, które owszem, popierają decyzję pani Karoliny o odejściu od męża psychopaty, ALE.
„Ale czemu tak późno?”, „Czemu czekała tyle lat?”, „Jakaś nienormalna!”, „Powinna uciec od razu!”, „Co ona sobie myślała?”, „Ja to po pierwszym razie…”, „Nigdy bym sobie tak nie pozwoliła!”
„JA NIE ROZUMIEM!”

Szanowne komentatorki i komentatorzy, naprawdę cieszę się, że nie rozumiecie i życzę, żebyście nigdy nie musieli zrozumieć. Może nawet trochę Wam zazdroszczę wizji świata zaludnionego przez same silne kobiety, odchodzące po pierwszym alarmującym sygnale, bezkompromisowe, gotowe w każdej sytuacji walczyć o siebie i swoją przyszłość. Wiem oczywiście, że takie istnieją i życzyłabym sobie, żeby ich było jak najwięcej. Tylko że tak się nie stanie, jeśli te mniej odważne będą traktowane, no… tak właśnie, jak je traktujecie.
Kiedy, i czy w ogóle, kobieta odejdzie od sadysty, zależy od mnóstwa czynników. To, co dla Was jest oczywiste, nie dla każdej takie jest. I jakkolwiek dziwne by się Wam to nie wydawało – to prawda. Nie wiecie, kim te kobiety są, jak myślą, w co wierzą i czy jeszcze w ogóle w cokolwiek. Nie wiecie, jak wiele może je kosztować zwrócenie się o pomoc. Czegokolwiek nie powiedzielibyście o sobie, one nie są Wami. Koniec. Nie będę się w to wdawała szczegółowo, nie analizy psychologiczno-socjologicznej tu potrzeba, a po prostu odrobiny empatii.
Samo opowiadanie o takim koszmarze może być niewyobrażalnie trudne. Pogardliwe komentarze o idiotkach, co tyle czasu dawały sobą pomiatać i nagle się obudziły, zdecydowanie nie pomagają. Zgadzacie się, że przemoc jest zła. Zgadzacie się, że od damskich bokserów trzeba wiać, gdzie pieprz rośnie, a jednocześnie kiedy kobieta w końcu faktycznie zwieje, jest gnojona, bo za późno. Bo za długo zwlekała. Bo chyba jest jakaś pojebana, że mu tak długo na to pozwalała.
Mówi się o wsparciu dla ofiar przemocy, ale czy mamy wspierać tylko te, które odeszły po pierwszym incydencie, czy po drugim też jeszcze można? Bo po trzecim, to już pewnie za dużo, już się wsparcie nie należy. A kiedy gehenna zaczyna liczyć się w latach, to w ogóle nie ma co się taką debilką przejmować. Tyle wytrzymała, to i do śmierci by jakoś dotrwała, nie? Po co aferę robi?

Wszystkich, którzy „nie rozumieją”, proszę z tego miejsca – nie dawajcie swemu niezrozumieniu upustu. Nie w takiej pogardliwej i demotywującej formie. Jeśli nie chcecie pomóc, przynajmniej nie przeszkadzajcie. Te kobiety nasłuchały się już w życiu obelg, nie sądzę, by potrzebowały kolejnych. Odejście od kata jest zawsze słuszną decyzją i nikt nie ma prawa nikomu wyliczać czasu, który zajęło jej podjęcie. Choćby kobieta zdecydowała się kopnąć bydlaka w dupę po osiemdziesięciu latach małżeństwa, zgoła na łożu śmierci, należy jej się podziw, pomoc i bezwarunkowe wsparcie, a nie stanie nad nią z kalendarzem, podliczanie i ocenianie, do jakiego stopnia jest głupia.

Jeśli znasz taką kobietę, albo poznasz, albo o jakiejś przeczytasz lub usłyszysz, w sobie, w środku możesz nie rozumieć. Możesz się zastanawiać, dlaczego dopiero teraz i tak dalej. Ale jeśli będziesz z nią rozmawiać, albo zabierzesz się do pisania komentarzy w Internecie, proszę, daruj sobie takie pytania, a już tym bardziej mądrości odnośnie tego, co i kiedy powinna była zrobić. To, co się stało, już się nie odstanie, a ona nie ma żadnego obowiązku się tłumaczyć. Jeśli chcesz, pomóż, wesprzyj, pogratuluj odwagi i słusznej decyzji. Jeśli nie jesteś w stanie się na to zdobyć – po prostu przemilcz. Tak będzie lepiej.

Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Przecież możemy wszystko

feminizm 2

Chuj mnie za chwilę strzeli!

Przepraszam, ja muszę, bo już mi się tak ulewa, że zaraz klawiaturę zaleje. Ja zdecydowanie nie rozumiem, jak myślą niektórzy ludzie, czasem zastanawiam się, czy w ogóle myślą.
Kolejny raz czytam o tym, że feministki walczą o chujwieco, drą japy bez sensu i domagają się dla kobie praw, które te już mają. Czytam i nie mogę, no nie mogę, po prostu. Ta dyskusja idzie w bardzo złym kierunku. Ona się w jakiś chory sposób zapętla i takim sposobem do niczego nie doprowadzi.

To, co jest w tej chwili oficjalnie uznawane za pełnię praw, kobiety w Polsce wywalczyły po całych wiekach patriarchatu. Wywalczyły, co znaczy, że nikt im tego ciepłą rączką nie ofiarował, przebudziwszy się nagle i uznawszy, że przecież im się należy. Skoro toczyły o swoje prawa taką batalię, to chyba jasne jest, że patriarchalne władze wcale im tych praw przyznać nie chciały. A gdy w końcu już inaczej się nie dało, kobiety dostały, co dostały, a owszem, tylko że na warunkach mężczyzn. No bo na czyich? Kto im w końcu łaskawie przyznał dostęp do edukacji, tak zwaną możliwość realizowania się w pracy zawodowej, w końcu pełnię praw wyborczych? Mężczyźni. Podpisali parę papierków i okej, dobra, macie, nie przepierdolcie na głupoty.
Po czym przy pierwszej okazji zaczęli nas rozliczać z tego, jak ów szczodry dar wykorzystałyśmy.
I doszli do wniosku, że ojej, patrzcie państwo, jednak przepierdoliłyśmy na głupoty!
No bo ej, przecież kobiety miały CAŁE sto lat, żeby się wykazać, udowodnić, że im się to należało! Klimat międzywojnia był do tego idealny. II Wojna Światowa, czasy powojenne… Tyle pola do popisu, prawda? A one co? Nic! Że coo? Że coś tam niby robiły? Gdzieś były? Czymś się przysłużyły? Wolne żarty! Co mogła kobieta na wojnie? Wojna to przecież męska rzecz!

Kiedy? Kiedy, pytam, kobiety miały znaleźć czas, żeby chociaż porządne pomyśleć o samorealizacji? Kiedy miały tworzyć wynalazki i zdobywać laury? Rzucono im ochłap w postaci formalnego równouprawnienia i tyle. Przez dziejową zawieruchę nie miały okazji nawet porządnie obczaić, co się z tym właściwie robi.
Ludzie, w tym, o zgrozo, też i kobiety, rozglądają się teraz i pytają: „No i co?” No i gdzie są te wybitne przedstawicielki płci żeńskiej? Noblistki w dziedzinie nauk ścisłych jakoś nam nie obrodziły, wielkich przywódczyń też się przez tych sto lat nie sypnęło, mięśnie jak u Pudziana naszym babeczkom nie wyrosły, ponadto – co za rozczarowanie! – kobiety nadal mają okres i rodzą dzieci! Po kiego się pchały do przestrzeni publicznej, skoro sobie w niej nie radzą? A przecież dostały szansę. Przecież WSZYSTKO MOGĄ.

Otóż odpowiem filozoficznie – taki, proszę państwa, chuj, jak u bociana nogi! Co niby mogą?
No jak to? Przecież mogą iść studiować fizykę, matematykę, piąć się po szczeblach kariery naukowej, politycznej, biznesowej… To jest takie oczywiste! Szkoda, że dla wszystkich, oprócz kobiet właśnie.
Jak byłam mała, rodzice oczywiście mówili mi, że mogę w przyszłości zostać kim chcę, a jednocześnie powtarzali, żebym się nie przejmowała tym, że nie przepadam za tą „głupią matematyką”, bo ona mi się i tak do niczego nie przyda. Chłopak to już trochę wstyd, jak nie umie, bo przecież będzie kiedyś zarabiał pieniądze, to niech je chociaż potrafi policzyć. Hehe.
Kiedy dorastałam, nie widziałam w moim otoczeniu ani jednej – serio, zrobiłam rzetelny rachunek sumienia – ani jednej! kobiety, która mogłaby stać się dla mnie inspiracją do tego, by chcieć czegoś więcej. W szkole, wiecznie zblazowane, wypalone nauczycielki, które zupełnie nie umiały zachęcić do zdobywania wiedzy, nie wspominając o korzystaniu z niej. Na osiedlu, mamy innych dzieci, gospodynie domowe, które po prostu akceptowały tradycyjny model rodziny, bo tak to funkcjonowało w domach ich matek i matek tychże matek. Jeśli niektóre z tych pań poszły do pracy, to do byle jakiej i tylko dlatego, że musiały. I te docinki ich małżonków: „Chciałyście równouprawnienia, to macie!” Hehe.
Niemożliwe, prawda? Niemożliwe, że wyrastając w takim klimacie społecznym nie mam jeszcze doktoratu z fizyki teoretycznej, nie? Też się, kurwa, dziwię!
Nie wiem, jak wyglądałoby moje dzieciństwo, gdybym była chłopcem. To oczywiste, że chłopcy, a później młodzi mężczyźni, bardziej identyfikują się męską częścią otoczenia. Zawsze mogą przypomnieć sobie rodzinne dzieje i pomyśleć: „Mój tato i dziadek, ewentualnie wujek, czy kto tam jeszcze inny, był prawnikiem/lekarzem/naukowcem, będę i ja!” Może gdybym urodziła się Adasiem (tak, miałam być Adasiem) pomyślał(a)bym sobie z dumą: „Mój dziadek był chemikiem, fajnie! Pójdę w jego ślady!”, zamiast myśleć: „Moja mama ma równouprawnienie i przepuklinę od ciągania palet po markecie, pierdolę taki interes!”

Jak słyszę, że kobiety są gorszymi pracownikami, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Bo nie, nie są. Są po prostu pracownikami od bardzo niedawna – z dziejowego punktu widzenia. Są pracownikami, których, przypomnijmy, nikt nie chciał. Sto lat temu, gdy walczyły o swoją niezależność, nie szczędzono im niewybrednych uwag, które potem powtarzano prywatnie – przy synach, braciach, wnukach. Wygłaszano uprzedzenia, które przyjęło następne pokolenie i kolejne. Ta niechęć, irracjonalna przecież, nigdy nie wygasła i dzisiejszy postulat równych praw nie odnosi się wcale do tej nieszczęsnej notki na papierze, oznajmiającej, że przecież w Polsce jest równość, tęcza i jednorożce. Ten postulat to próba przełamania ciemnogrodzkiego przekonania, że kobiety się do niczego nie nadają, bo udowodniły, iż się nadają. A nie udowodniły, że się nadają, bo utrudnia im to ciemnogrodzkie przekonanie, że się do nie nadają.
To się zapętliło i tak łatwo się nie odpętli. Kobiety są coraz bardziej świadome siebie, istnieją fantastyczni mężczyźni, którzy mieli szczęście dorastać z dala od uprzedzeń, lub dostatecznie dużo rozumu, by się od tych uprzedzeń odciąć. Ale większości nieprzekonanych nie przekonamy. Oni nie chcą dać się przekonać, chyba że wszystkie pierdolniemy sobie doktoraty z nauk ścisłych i wyciśniemy chuj wie ile na klatę. I przestaniemy mieć okres, rzecz jasna, bo podczas okresu, to kobiety hoho i jeszcze hohoho!

Ta mentalność musi umrzeć, sczeznąć, zgnić w czeluściach Mordoru raz na zawsze, tylko że… nie mam pojęcia, co mogłoby do tego doprowadzić. Nieprzekonanych nie przekonamy, jak mówiłam, a oni poniosą to dalej, w przyszłość. I nie ma sposobu, żeby ich powstrzymać. Protesty na nic się nie zdadzą, do usranej śmierci będziemy słyszały, że walczymy o prawa, które już mamy, poza tym jesteśmy agresywne i nawiedzone. Tłumaczenia nie pomogą, w końcu baba jest głupia, więc z założenia plecie bzdury.
Każde przedsięwzięcie zmierzające do zmiany tego obrzydliwego stanu rzeczy, zostanie odebrane jako atak i ludzie odpowiedzialni za rozpowszechnianie tych poglądów odpowiedzą atakiem. Nie będzie w tym kraju równości, bo to nie są warunki do jej rzeczenia, chyba że weźmiemy pod uwagę, jak wszyscy po równo rzucają się sobie wzajemnie do gardeł.

Co robić? Niech mi ktoś powie, co robić, bo nie wiem. I jestem przerażona.

tu się jebnij 2

Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarze

Nie jestem jak inne dziewczyny

kobiety

Nie zliczę, ile razy obiecywałam sobie, że nie będę poruszała w tekstach kwestii politycznie poprawno-niepoprawnch, a i tak w końcu pała goryczy przegina się cicho i niepostrzeżenie, a wtedy, dokładnie tak, jak w tej chwili, siadam i wywalam, co mi leży na wątrobie, no bo – z drugiej strony – w sumie dlaczego nie. (Oprócz że dlatego nie, bo jeszcze jest NaNo i powinnam pisać coś zgoła innego, skoro już mam chwilę czasu. Nevermind. Dopiszę sobie do licznika.)
W każdym razie od jakiegoś czasu obserwuję, jak kobiety, którym bliskie są feministyczne idee i wszelkie kwestie związane z płcią zapytują, także publicznie, dlaczegóż to my, dziewczyny, wstydzimy się własnej dziewczęcości, gloryfikujemy to, co męskie i jeszcze jesteśmy dla siebie wzajemnie takie okropne, krytykując jedna drugą z powodu tego, co „babskie”. (Przykłady takich tekstów – choćby: 1, 2, 3, 4.)
Odpowiadam niniejszym: dla niczegóż, gdyż to w większości przypadków po prostu nieprawda.

15069069_1336546436370205_4723655209651555288_o Źródło

Wszystko rozbija się o przekonanie niektórych kobiet, że nie są „jak inne” i o ich swoistą dumę z tego powodu.
Dla komentujących tę postawę sprawa jest prosta: te pogardzane „inne” to dziewczyny skoncentrowane na sprawach, które uważane są powszechnie za typowo damskie, a sprawy owe, w pojęciu tych nie-jak-inne, są błahe, nieważne i nudne, w przeciwieństwie do zainteresowań typowo męskich, z których one same są takie zadowolone.
No i zaraz lament – że odcinanie się od własnej płci, występowanie przeciwko „swoim”, ugruntowywanie przekonania, że dziewczyny mogą być fajne tylko, jak robią męskie rzeczy… I byłoby w tym sporo racji, gdyby te wywody nie sugerowały że:
a) wszystkie deklaracje z serii „nie jestem jak inne” mają źródło w przekonaniach typowych dla społeczeństwa patriarchalnego,
b) kwestia dotyczy wyłącznie kobiet.

Ad. a)

Sama nie bawiłam się lalkami (odkąd zaobserwowałam, że jak im obetnę włosy, to nie odrastają), za to uwielbiałam łazić po drzewach i bić kolegów (tego ostatniego oczywiście bardzo się teraz wstydzę, bo przemoc nie jest rozwiązaniem i nie tak mnie mama uczyła! ;D) O ciuchach mogę powiedzieć na przykład, że służą do tego, by nie biegać z gołą dupą po ulicy, bo to społecznie nieakceptowalne. Podobnie z kosmetykami – przydają się, zważywszy na fakt, że mój ryj też jest społecznie nieakceptowalny. Nie przepadam za zakupami, chyba że kupuję książki. Poltkuję umiarkowanie, bardzo rzadko strzelam fochy, cenię sobie logiczną argumentację, a emocjonalna jestem tylko jak się bardzo mocno spiję. Wobec powyższego powinnam zatem głosić wszem i wobec, że nie jestem jak inne kobiety. Ale nie głoszę i w życiu mi to do głowy nie przyszło. A wiecie dlaczego? Dlatego, że te „inne” z mojego otoczenia, no cóż, nie były wcale inne.

Trafiłam dobrze, bo jakoś zawsze miałam wokół siebie koleżanki, które podzielały moje zainteresowania. Jako dzieciaki razem biłyśmy kolegów (rzecz jasna bardzo tego teraz żałuję! ;)) i kradłyśmy wiśnie od sąsiada. Jako starsze już pannice chodziłyśmy na zakupy do księgarni, dyskutowałyśmy, przerzucając się naukowymi faktami i chociaż takich dziewczyn nie było może wokół mnie bardzo dużo, to jednak od początku wiedziałam, że istnieją. Miałam też oczywiście mnóstwo koleżanek interesujących się modą i podrywaniem chłopaków. I dobrze, bo pewnie gdyby nie one, ich rady i „nauki” do dziś chodziłabym w worze od kartofli, a na widok faceta uciekała, gdzie pieprz rośnie. Fakt, czasem mnie męczyły i nudziły, ale zdawałam sobie sprawę, że nie są jedyną opcją.

smieszne-stare-baby

Co ma jednak powiedzieć dziewczyna – nastolatka, albo młoda dorosła, która ma inne zainteresowania i sposób bycia niż całe jej żeńskie otoczenie, a nigdy nie spotkała koleżanki, z którą może porządnie pogadać? Przecież ona ma prawo do tych zainteresowań. Ostatecznie my, kobiety, ciągle walczymy o równy dostęp do wszystkich dziedzin, o prawo do czucia się dobrze ze sobą, niezależnie od tego, jakie jesteśmy, co lubimy, czym się zajmujemy, więc chyba nie zaczniemy nagle szykanować tych, które z tego prawa korzystają? Nie zaczniemy im wypominać, że pchają się w „męskie” rejony by zdradzić swoją płeć? Nie zaczniemy, prawda? Czy zaczniemy, bo już, kurna, nie wiem…?
Są dziewczyny, które myślą, czują i zachowują się w sposób dla damskiej części ich otoczenia niestandardowy i przez to nie znajdują zrozumienia. Dorastają, żyjąc w przeświadczeniu, że cały świat pełen jest właśnie tych „typowych”, nudnych, z którymi nie można się dogadać, bo trajkoczą tylko o butach i torebkach.
Nie należy zapominać, że mówimy tu głównie o młodych osobach, które dopiero budują swoje poczucie tożsamożci, jednocześnie mając wielką potrzebę czucia się oryginalnym i jedynym w swoim rodzaju. Nasza hipotetyczna dziewczyna stawia się w opozycji do swoich koleżanek, bo się z nimi autentycznie nie identyfikuje, ale nie oznacza to z automatu, że tym wyznaniem chce się przypodobać kolegom, albo może jakiemuś jednemu upatrzonemu koledze (ale nawet jeśli, to patrz punkt niżej).

Dla mnie zdanie „Nie jestem jak inne dziewczyny” nie oznacza, że, w oczach mówiącej, dziewczyny z samego faktu bycia dziewczynami są złe. Bardzo bym była zaskoczona, gdyby się okazało, że większość to właśnie ma na myśli. Bycie „niedziewczęcą” dziewczyną nie jest wcale takie łatwe, bo kilku-, kilkunasto-, dwudziestokilkulatki chcą mieć koleżanki. Serio, chcą. I nie odwracają się od nich z czystej pogardy dla swojej płci. Czasem po prostu długo nie mogą w swoim otoczeniu znaleźć siostrzanej duszy i ugruntowują się w przekonaniu o własnym nie-byciu-jak-inne. A jeśli nawet faktycznie czują dumę, to raczej nie z tego, że robią te wszystkie super duper fajne męskie rzeczy, wow, ale z tego, że pomimo trudności, znalazły w końcu swoje „ja”. To chyba dobrze dla nich, nie? Bo co innego miałyby zrobić? Siąść i płakać?
To ich infantylne „ja” zbudowane na opozycji względem „innych kobiet”, oczywiście jeszcze się zmieni. Dziewczyny dojrzeją, poznają i zrozumieją lepiej bogactwo kobiecego świata, ale to chyba zupełnie naturalny proces. W większości przypadków nie ma o co podnosić alarmu, nie ma sensu wpędzać tych młodych kobiet w poczucie winy – no bo przecież skoro słabo identyfikuję się z większością koleżanek i jeszcze mówię o tym głośno, to znaczy, że działam na szkodę własnej płci!

women-power-1200x480

Ad b)

Poprzedni punkt dotyczył dziewczyn, których wyobrażenie o innych kobietach na pewnym etapie życia jest ograniczone specyfiką środowiska i osobistą sytuacją. Mają one prawo do własnej oceny, jak każdy. Nie istnieje obowiązek lubienia żadnych ludzi, niezależnie od płci, i identyfikowania się z jakąkolwiek grupą. Długotrwałe problemy we wzajemnej komunikacji „międzydziewczyńskiej” są frustrujące i ostatecznie wszystko to może prowadzić do braku zrozumienia oraz krzywdzących uogólnień. Jest to do naprawienia i zwykle z czasem naprawia się samo.
Ale nie ma się co oszukiwać, dziećmi nie jesteśmy i chyba mamy świadomość tego, że ludzie nie zawsze są autentyczni i nie zawsze problem leży w głębi ich niewinnych, dziewiczych umysłów, skalanych taką czy inną traumą. Czasem to „wyparcie się” kobiecości faktycznie jest pozą, w dodatku pomyślaną w celu odniesienia korzyści. I co wtedy? Palić na stosach?
Ja postuluję porozmawiać, bo zwykle okazuje się, że nie-bycie-jak-inne to nic innego, jak „efektowna” forma odcięcia się od jakiejś konkretnej cechy, nie od całej płci. Gdy słyszymy: „Nie jestem jak inne!” i spytamy mówiącą, co ma na myśli, wymieni zwykle  jedną, góra dwie rzeczy przypisywane zwykle dziewczynom, które ją akurat osobiście denerwują i z którymi nie chce być łączona.
I znów – wyrażenie nie jest fortunne, oczywiście, ale nie oznacza tego, co ludzie sugerują, że oznacza. Po chwili rozmowy z taką babką każdy średnio rozgarnięty człowiek zrozumie, że całe to wyznanie powinno brzmieć: „Jestem kobietą i lubię swoją kobiecość, ale jest taka cecha przypisywana dziewczynom, która mnie osobiście wkurza i jej nie przejawiam”. Tylko że ludzie nie rozmawiają ze sobą w ten sposób. Nie potrafią się precyzyjnie wyrazić, używają tego nieszczęsnego skrótu myślowego, a niektórzy, zamiast słuchać ze zrozumieniem, słyszą to, co chcą usłyszeć, żeby móc zapłonąć świętym oburzeniem.

Okej, ale takie, które z rozmysłem podrywają chłopaków na „nie jestem jak inne” też istnieją. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie oznajmiają na randce jest to, że nie lubią zakupów, grają w gry i noszą glany, czy co tam teraz naszają tru laski, nie wiem, wypadłam z obiegu. Uwypuklają cechy mało charakterystyczne dla swojej płci, żeby wydać się atrakcyjniejsze. Tak, zdarza się. A ja pytam grzecznie: NO I CO Z TEGO?
To jest coś, co robi każdy. Każdy, naprawdę.
Dziewczyny, serio, nigdy nie usłyszałyście od chłopaka „Nie jestem taki, jak inni faceci”, gdy chciał dać do zrozumienia, że jest czuły i wrażliwy? Naprawdę nigdy Was żaden nie zapewniał, że lubi romantyczne zachody słońca, nawet jeśli od wiecznego siedzenia przed kompem dawno już zapomniał, jak właściwie to całe słońce wygląda? Ogółem – czy nigdy chłopak, który Was podrywał, nie mówił Wam tego, co myślał, że chcecie usłyszeć?
I czy ktoś się wtedy oburzał, jakoby ów osobnik zdradzał swoją płeć poprzez sugestię, że normalnie mężczyźni to dzikusy, troglodyci i permanentnie napalone zwierzęta? Czy ktoś przypisał mu intencję gloryfikowania na siłę kobiecej wrażliwości, by wkupić się w łaski płci przeciwnej kosztem swych braci i kamratów? Nie sądzę.
Ot, po prostu, poznajemy się, mamy motylki w brzuchu i staramy się drugiej stronie wydać jak najfajniejsi. A że się wzajemnie jeszcze słabo znamy, błądzimy na ślepo. Chłopak zakłada, że dziewczyna pragnie czułości i pewnie nie raz się sparzyła, chodząc z jakimś bucem, więc na wejściu zapewnia ją, że nie jest bucem, ona jego ntomiast, że można z nią ciekawie spędzić czas. Rzecz jasna życie potem weryfikuje to wszystko, ale początki często bywają takie właśnie i nikt tu nie zasługuje na potępienie (albo wszyscy zasługują tak samo, jak już ktoś się bardzo upiera, żeby potępiać.)

Mówienie, że całe to „nie jestem jak inni” dotyczy nie tylko kwestii płci, wydaje mi się całkowicie zbędne, ale wspomnę, dla pewności.
„Siedzę dwadzieścia cztery na dobę i ryję do egzaminów – nie jestem jak inni studenci, którzy tylko imprezują!”
„Pilnuję zdrowej diety swojego dziecka – nie jestem jak inni rodzice, którzy na wszystko w tych czasach dzieciakom pozwalają!
„Bardzo powżnie traktuję swoje obowiązki służbowe – nie jestem jak inni pracownicy, którzy robią tylko swoje minimum i patrzą, kiedy już będzie można wyjść do domu!”
Tak można długo i wszystkie te zdania mogą być wypowiedziane z różnych powodów, z różną intencją, także po to, żeby przypodobać się jakiejś grupie, sprawić lepsze wrażenie, wręcz kogoś zmanipulować.
I okazuje się nagle, że facet może pojechać facetom, student studentom, rodzic rodzicom, pracownik pracownikom i wszystko jest ok. Mądre i dojrzałe to nie jest, ale się zdarza i nikt nie robi tragedii. Za to jak dziewczyny nie spijają sobie wzajemnie z dzióbków, to nagle znajduje się milion interpretacji – na niekorzyść dziewczyn oczywiście.
Moja feministyczna natura się przeciwko temu buntuje, bo albo oczekujemy od wszystkich, że będą lepiej panowali nad słowami, by nie sprawiać wrażenia, że pogardzają określoną grupą, do której zresztą sami należą, albo przyjmujemy do wiadomości, że ludzie czasem tak po prostu mają i się nie spinamy. Dlaczego tylko dziewczyny mają dostawać po dupie za coś, co robią wszyscy?

Mam taką śmiałą teorię, że kobiety mają mózgi. Że jeśli coś mówią, mówią to z jakichś przyczyn, pośród których „bo męskie jest fajniejsze” nie jest wcale jedyną, ani nawet główną. Trochę tu nie widzę miejsca na „zazdrość o penisa” i zapatrzenie w męski „ciekawszy” świat, do którego trzeba się bezrefleksyjnie na siłę wepchnąć, żeby być taką jak faceci. Nie sądzę, by wszystkie nie-takie-jak-inne gardziły kobietami w ogóle jako gorszymi i mniej interesującymi od mężczyzn. Po prostu podział na to, co kobiece i męskie jest ciągle bardzo jaskrawy i trudno budować swoją tożsamośćbez odwołania do niego.
Dla mnie trąbienie na alarm i wypisywanie, że kobiety są dla siebie wzajemnie największymi wrogami, jest smutne, niesmaczne i nieprawdziwe. Podkopuje poczucie własnej wartości dziewcząt, bo przeczyta jedna z drugą, zastanowi się, że w sumie faktycznie, w sumie racja, czasem mówimy o sobie wzajemnie źle, nie zawsze w pełni akceptujemy styl życia innych lasek. No tak, dociera. I co dalej? Nagle wszstkim się odmieni i zapałają miłością do swoich nielubianych koleżanek? Nie, po prostu uznają, że to jednak racja, że faceci są lepsi. No i o. I tyle z tego, z tej całej „akcji edukacyjnej”.

Kobiety nie są dla siebie wzajemnie ani bardziej ani mniej niemiłe niż ogólnie ludzie dla ludzi, a wydarzenia w kraju pokazują, że babska solidarność ma się doskonale. Dlatego proszę – zwłaszcza kobiety właśnie – odpuśćcie to głupie gadanie i uwierzcie trochę w dziewczyny. Nie jesteśmy skończonymi idiotkami, wiemy, co czujemy, myślimy samodzielnie i prawdziwej krzywdy sobie wzajemnie nie zrobimy. Nasze głupie zachowania i niefortunne wypowiedzi to element niekoniecznie damsko-męskiej, czy damsko-damskiej wojny, tylko często bycia po prostu człowiekiem.

Jeden z zalinkowanych na początku tekstów porusza kwestię lubienia bądź nielubienia postaci kobiecych w filmach i książkach i o tym też napiszę niebawem.

63408759 - wroclaw, poland, 2016 10 03 - protest against anti-abortion law forced by polish government pis, black protest -

Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny | Otagowano , , , , , , , , , , | 4 komentarze

Nie zrozumiałam, źle zinterpretowałam – czyli rzecz o blogach parentingowych

Mom working from home

Wyobraźcie sobie, że piszę bloga. Nie takiego, jak teraz, innego. O moim chłopaku, dajmy na to. On nie ma pojęcia, że to robię, funkcjonuje sobie na co dzień w słodkiej nieświadomości, a ja tymczasem rozpowiadam na cały kraj wszystko o jego życiu, nawet, jeśli nie jest ono szczególnie ciekawe. Filmuję go w domowych pieleszach, fotografuję jak je, gra na komputerze, śpi, bawi się z psem – a potem wszystkim tym dzielę się z czytelnikami. Opisuję jego śmieszne i głupie zachowania, nie szczędzę też intymnych szczegółów.
Albo piszę bloga o mojej mamie. Wymieniam, na co ostatnio zachorowała, w jakim była sanatorium, zachwycam się tym, że wychodzi na ławkę przed blok poplotkować z sąsiadkami. Ona też nie wie, że to robię. Nie zdaje sobie sprawy, że jej życie jest komentowane przez obce osoby, które skwapliwie dzielą się historiami swoich równie nieświadomych mam.
Czytelnikami tych blogów są różni ludzie, także ci, którzy znają mojego chłopaka i moją mamę i kształtują swój stosunek do nich między innymi pod wpływem treści, które zamieszczam.
Trochę to okropne, prawda? Raczej nie powinnam czegoś takiego robić, nie? Zdecydowanie nie powinnam, w końcu, psiakrew, wypada uszanować czyjąś prywatność.
O, albo jakbym coś podobnego robiła dziecku… och… wait…
Nie zrozumcie mnie źle, nie przeszkadza mi zupełnie, że ktoś pisze o swoim codziennym życiu. Sama chętnie zrobiłabym ze swojego niezłe show, gdyby się do tego choć trochę nadawało, ale idei blogów parentingowych pojąć nie mogę i chyba nie chcę.

Jestem świadoma tego, że rodzicielstwo to ważne doświadczenie, dla wielu najważniejsze w życiu, a także powód do dumy. Ale dumni bywamy z różnych rzeczy, a jednak w związku z tym nie naruszamy niczyjej prywatności. Czy ktoś dumny, dajmy na to, z niedawnej zmiany stanu cywilnego, zamieści w sieci, bez wiedzy i zgody współmałżonka, jego zdjęcie, gdy śpi w poprzek łóżka z otwartą paszczą, albo w wytartym swetrze siorbie krupnik, przeglądając program telewizyjny? Czy ktoś opisze na blogu atak złości żony z pytaniem do ogółu: „A jak to u was wygląda?” No co? Przecież to tylko wymiana doświadczeń ludzi, którzy znaleźli się w podobnej życiowej sytuacji.
Sądzę, że żona miałaby na ten temat inne zdanie…

Ludzie piszą blogi parentingowe dla podobnych sobie, by dzielić się doświadczeniami, radościami i smutkami. Wokół bloga gromadzi się rzesza czytelników, którym odpowiadają poglądy autora na wychowanie, oraz sposób, w jaki o tych poglądach pisze. To głównie tacy ludzie zostawiają komentarze, zwykle pochlebne, a jeśli pojawi się jakaś hejterska opinia, można ją usunąć i cieszyć się dalej kółkiem wzajemnej adoracji. Ale autor nie wie, kto prócz tej garstki życzliwych, którzy regularnie zostawiają po sobie jakiś miły ślad, czyta jego wpisy. Mogą to być rodzice kolegów dziecka, nauczyciel, lekarz, starsze dzieci z bliskiego otoczenia, pracodawca rodzica… I nie wszyscy oni będą tak bezkrytyczni.

blogi5

Rodzice prowadzący blogi parentingowe nie mają złych zamiarów. To się widzi. Przejrzałam sporo blogów, przed napisaniem tego tekstu i w niemal wszystkich rodzicielstwo przedstawione jest ładnie, mądrze, ciepło, choć nie zawsze różowo, Autorzy chcą po prostu podzielić się fragmentem swojego życia, który uważają za ważny. Teoretycznie nie ma w tym nic złego, tylko że ten fragment dotyczy konkretnej osoby, dziecka, które wymienione jest z imienia, często też z nazwiska. Dziecka, które można łatwo zidentyfikować. Funkcjonuje ono w pewnym środowisku, a rodzic nie ma wpływu na to, jak owo środowisko będzie interpretowało blogowe wynurzenia.
Jak już mówiłam, czytać blogi może każdy.
Nauczyciel, czerpiący z bloga informacje o uczniu, może zmieni do niego stosunek – niekoniecznie na lepsze.
Pracodawca rodzica może wywnioskować, że ten nie radzi sobie z jednoczesnym wypełnianiem obowiązków zawodowych i rodzicielskich.
No i oczywiście jest też kwestia kolegów dziecka, którzy kiedyś zapewne trafią na bloga i będą mieli kupę śmiechu. A śmiech dzieci bywa okrutny.

I co z tego, prawda? Co z tego, że ludzie sobie pomyślą? Że źle zinterpretują? Że nie zrozumieją, przekręcą, wypaczą i takie przekręcone i wypaczone przekażą dalej? Autor wie, co miał na myśli i to wystarczy. A że ludzie są głupi…
Dorosły, zrównoważony człowiek się nie przejmie. Spróbuje porozmawiać, wytłumaczyć, jak nie da rady, to, machnie ręką, bo z niektórymi nie ma co dyskutować. Rodzice liczą się z tym, że mogą zostać skrytykowani, wyśmiani, ale są pewni swoich racji i gotowi ich bronić, albo olać opinie innych.
Ale czy dzieci też są na to gotowe?

W internetowych dyskusjach spotkałam się z dwoma głównymi argumentami „głosu rozsądku”, który ja wzięłabym za głos egoizmu, jakby mnie ktoś spytał.
Po pierwsze, postulat analizy zdjęć i informacji pod kątem tego, czy zamieszczający nie miałby nic przeciwko, gdyby to o niego chodziło. Sensu w tym nie widzę żadnego. Autor jest dorosłym człowiekiem, który nigdy w takiej sytuacji nie był i nie jest w stanie postawić się na miejscu dziecka, które kiedyś odkryje taki wpis. Zresztą… czy to naprawdę o treści chodzi? Czy o sam fakt, że rodzic, osoba, do której dziecko miało bezgraniczne zaufanie, przez lata wystawiała jego życie na widok publiczny, tworząc coś, co może i dorosłym czytelnikom wydawało się piękne i wzruszające, za to dla podwórkowych i szkolnych szyderców jawić się może głównie jako źródło złośliwej uciechy?
Po drugie, przekonanie rodziców, że odpowiednie wychowanie wystarczy, by dziecko po prostu nie przejęło się ewentualnymi złośliwościami. Litości! Czy widział ktoś kiedyś dziecko, które w wieku szkolnym nie przejmuje się tym, co mówią koledzy? Że o okresie dojrzewania w ogóle nie wspomnę… I niewiele ma to wspólnego z wychowaniem. Po prostu tak jest, że dziecko zaczyna liczyć się z opinią innych. Jedno bardziej, drugie mniej, ale to się dzieje i tyle. Skądś się bierze bunt nastolatka i kwestionowanie zasad panujących w rodzinnym domu, choćby ten dom był kochający, a zasady mądre.
Mały brzdąc, owszem, wpatrzony jest w rodziców, jak w obrazek. Ale on w końcu dorasta. Nagle to, co słyszy w domu, nie jest już prawdą objawioną, pojawiają się w jego życiu inni ludzie i inne punkty widzenia. I wtedy okazuje się, że znajomi z klasy wiedzą, jak długo był karmiony piersią i spał z rodzicami, że bywał nieznośny i jego mama miała czasem tego dosyć. Koledzy, na których opinii coraz bardziej mu zależy, czytali o różnych jego wzlotach i upadkach, o których sam by im nie opowiedział. Możliwe, że znają jego sytuację materialną, rodzinną, zdrowotną… W ich domach rozmawia się o nim, roztrząsa jego życie i ocenia je – często negatywnie. I on nie rozumie, dlaczego. Czuje się skrzywdzony i tłumaczenia rodziców, że ma się nie przejmować, że kolega źle coś zinterpretował, na niewiele mu się zdadzą.

Dzieci, jak to dzieci. Jedno da złośliwemu koledze w nos raz czy drugi i zapomni o sprawie, drugie ucieszy się z „fejmu” i będzie w swoim żywiole, ale znajdzie się duża grupa takich, na które wszystko to wpłynie negatywnie, które zwątpią w siebie i własnych rodziców, będą miały żal i przeświadczenie, że nikt nie liczy się z ich autonomią, że nie maja prawa do prywatności. Wraz z dorastaniem te uczucia mogą się nasilać i wpłynąć na pogorszenie relacji rodzinnych.
W końcu z jakiegoś powodu nie ma zbyt wielu blogów o nastolatkach…

Do stworzenia tego wpisu zainspirował mnie tekst, na który trafiłam przypadkiem, a który porusza tematykę konsekwencji, jakie płyną z zamieszczania zdjęć dzieci w Internecie, ale także z niefortunnego doboru słów przy zwracaniu się do dziecka, zwłaszcza w obecności jego kolegów. Tekst wydał mi się nieco przedramatyzowany, ale przykuł moją uwagę, bo już, już miałam nadzieję, że autor pójdzie o krok dalej… Ale nie. Blogi parentingowe – okej, tylko ze zdjęciami trzeba uważać i przypadkiem nie przekręcić nazwy ulubionej bajki synka.
Mam wrażenie, że jeśli już ktoś podejmuje się krytyki blogów parentingowych, tak naprawdę tylko ślizga się po temacie. Żeby zdjęcia bez negliżu, żeby nie było ich za dużo, żeby nic obraźliwego dla dziecka…

Dla mnie samo istnienie tego typu tworów jest obraźliwe dla dziecka i chociaż rozumiem potrzebę rodziców, by podzielić się szczęściem z całym światem, to jednak warto pamiętać, że ten świat nie ogranicza się do kilku przyjaznych, puchatych i milusich komentarzy pod wpisem, a dziecko będzie miało wystarczająco dużo przedszkolnych, szkolnych czy podwórkowych problemów z kolegami i bez „pomocy” rodziców i ich bloga.
Oczywiście, trudno, prowadząc aktywność internetową, nie wspomnieć o dziecku w ogóle i nigdy, jeśli się je ma. Ale zdjęcie ze spaceru, czy balu przebierańców, wrzucone od czasu do czasu na Fejsa, to trochę co innego niż prowadzenie publicznej kroniki życia dziecka, często z uwzględnieniem najintymniejszych szczegółów.
Nie chodzi też o to, żeby w ogóle nie poruszać tematyki wychowania. Wiele blogów parentingowych powstało po to, by promować mądre i świadome rodzicielstwo. I co by komu szkodziło zamieszczać wpisy o rozwoju dziecka ogólnie, o karmieniu, zabawach, o zdrowiu i pielęgnacji. Dla mnie okej, tylko autorzy robią to, niestety, na przykładzie własnego życia i własnych dzieci, zwykle ujawniając swoją tożsamość, swój i dziecka wizerunek, co samo w sobie jest, w moim horyzoncie poznawczym, zaprzeczeniem mądrego i świadomego rodzicielstwa. Z każdego akapitu grzmią o szacunku, o konieczności uznania autonomii dziecka, zżymają się na wszelkie próby ingerencji w jego wolność, a jednocześnie bez skrępowania rzucają prywatność tegoż dziecka, cały jego świat, jakim jest dom i rodzina, na pożarcie tym, którzy mogą „nie zrozumieć” i „źle zinterpretować”.

blogi3

Opublikowano (w)kur(w)ier powszechny | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Jak to jest być mną?

lustro

Jak to jest być mną? Interesujące pytanie, na które w żadnym razie nie odpowiem, za to może Ty mi odpowiesz po przeczytaniu tego wpisu. Ja natomiast zajmę się w tym czasie rozkminianiem, jak to jest być kimś innym.

Każdy się chyba kiedyś nad tym zastanawiał, tak myślę. Może dlatego tak myślę, że sama ciągle się zastanawiam. Nie ma to nic wspólnego z tym, że zazdroszczę komuś życia, że chciałabym z kimś konkretnym się zamienić. Nie.
Od dziecka byłam trochę stalkerem. Nie zafiksowywałam się co prawda na jednej osobie, nikogo nie śledziłam i żadnych niepokojących praktyk nie uskuteczniałam. Za to niesamowicie fascynowało mnie czyjeś życie oglądane niejako mimochodem, w sposób jak najbardziej społecznie akceptowany. Uwielbiałam pierwszy raz przychodzić do kogoś do domu – wciąż pamiętam pierwsze wizyty u wszystkich koleżanek i kolegów z podstawówki i gimnazjum, których miałam okazję odwiedzić. W większości przypadków nie kojarzę zupełnie, co robiliśmy, w co się bawiliśmy, za to wspomnienia samych miejsc i panującej w nich atmosfery są wciąż żywe. Pamiętam, co myślałam, z jakim wrażeniem wyszłam, bo to zawsze było dla mnie duże przeżycie, dostarczające materiału do przemyśleń najróżniejszej natury. I tak, wiem, że to creepy, nie jestem pewna, czy w ogóle powinnam się przyznawać.
Zmierzam, w każdym razie, do tego, że zaglądanie do czyjegoś życia zawsze mnie inspirowało. Nie potrzebowałam wcale dużo tego życia. Ot, jakiś bodziec, coś innego, z czym się wcześniej nie spotkałam, a dalej wyobraźnia robiła swoje. Dzisiaj zastanawiam się, na ile w tamtych czasach to właśnie wyobraźnia wpłynęła na mój sposób postrzegania różnych osób, a na ile faktyczne doświadczenia wyniesione ze znajomości z nimi.

lustro 2

Teraz jestem w takim wieku, że powinnam już umieć intencjonalnie powstrzymać rozszalałą imaginację, żeby móc widzieć ludzi takimi, jakimi naprawdę są. Ale chyba wciąż tego nie umiem i niewykluczone, że nie nauczę się nigdy.
Zresztą, czy to w ogóle jest wykonalne? Widzieć ludzi takimi, jakimi NAPRAWDĘ są?
Szczerze powiedziawszy, nie sądzę. Widzimy przecież tylko tyle, ile inni zdecydują się nam pokazać. Nie bez znaczenia jest też sposób, w jaki pokazują, a także nasza sytuacja jako odbiorców komunikatu.
Trochę to przerażające, swoją drogą.
W przypadku bliskich relacji można przynajmniej spróbować zbliżyć się do prawdy o sobie wzajemnie, o ile obie strony wyrażają takie życzenie. Ale, nie oszukujmy się, ile mamy naprawdę bliskich relacji? Nie tak wiele, prawda? A ile zwykłych znajomości? Ile znajomości internetowych? Ilu, niewiedzących nawet o naszym istnieniu, blogerów czytujemy? Do jakiego stopnia znamy wszystkie te osoby, obecne, niekiedy tylko wirtualnie, w naszym życiu?

Internet, jak nic do tej pory, sprzyja zaglądaniu do świata innych ludzi, nie tylko tych, których znamy osobiście. Może i można tego uniknąć, jak się ktoś uprze, ale ja się wcale nie upieram. Korzystam z mediów społecznościowych, czytam blogi, bywam na forum literackim i wszędzie tam natykam się na okruchy czyjejś codzienności. I tak, przyznaję, łapię się czasem na głupich myślach, że te codzienności – wszystkie (albo prawie wszystkie) – są lepsze od mojej, że ci wszyscy ludzie, z jakiegoś niepojętego powodu, wydają się ciekawsi, fajniejsi, mądrzejsi, zdolniejsi, bardziej ogarnięci, wręcz bardziej realni niż ja sama. Momentami odnoszę wrażenie, że widzę ich wyraźnie, że znam ich, nawet jeśli nigdy się nie spotkaliśmy.
Oczywiście wiem, że to tylko moja wyobraźnia, że znów, jak wtedy, w podstawówce, wydaje mi się, że mogę ułożyć cały wielki obraz, mając do dyspozycji zaledwie kilka puzzli. Otóż nie, nie mogę, i od czasów podstawówki zdążyłam się o tym przekonać wiele razy, gdy nagle okazywało się, że moje wyobrażenie o czyimś życiu nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Ale mimo wszystko, w chwilach słabości, wciąż popełniam ten sam błąd.

Każda aktywność, która wiąże się z kontaktami międzyludzkimi, z samej natury swej zakłada jakiś stopień autokreacji. Nawet, jeśli ktoś utrzymuje, że „zawsze jest sobą” (uch, jak ja nie cierpię takiej gadki!), to przecież w zależności od sytuacji, uwypukla różne aspekty „siebie”. W internecie jest jeszcze łatwiej zaprezentować się z dobrej strony, bo przecież notkę na bloga można przejrzeć kilka razy przed dodaniem, zdjęcie na Fejsa wyretuszować, i tak dalej. I nawet nie chodzi mi o to, że ludzie robią tak, albowiem są fałszywymi mendami, co chcą udawać, że mają fajne życie, żeby inni im zazdrościli. Nie, przynajmniej w większości przypadków chyba nie. Po prostu są rzeczy, o których nie chce się pisać publicznie i nie można mieć nikomu za złe, że nie wywleka swoich bolączek przed wszystkimi. Lepiej przecież opowiedzieć o czymś pozytywnym, niż miągwić bez przerwy rzeszom obcych ludzi.
Sama, jak mam zły dzień, to go przeczekuję, powstrzymując się od aktywności internetowej. Z jakiegoś powodu nie kwapię się do wrzucania zdjęć, na których wyszłam niekorzystnie, nie zamierzam też oznajmiać, że czuję się jak kupa, za każdym razem, gdy poczuję się jak kupa (dlatego rzadko piszę – bo ciągle czuję się jak kupa :P). Wolę to, co w moim życiu złe, przemilczeć w internetach, albo, po czasie, przedstawić z humorem, gdy sama będę mogła się już z tego śmiać.

Od jakiegoś czasu obserwuję uważnie swoje podejście do internetowych znajomych (i nieznajomych). Pilnuję się, żeby nie wyobrażać sobie ich życia, albo przynajmniej za bardzo się do tych wyobrażeń nie przywiązywać. Bo przecież ja też funkcjonuję wirtualnie. Też  pokazuję migawki z mojej rzeczywistości i tak naprawdę do niedawna wcale się nie zastanawiałam, jaki obraz mnie samiej się z tych migawek wyłania. Byłam dla siebie zupełnie przezroczysta. Nadal jestem, prawdę mówiąc. Nie wiem, kogo widzą ludzie, przeglądając mój facebookowy profil, czy fanpage, czytając samego bloga, rozmawiając ze mną na forum… Gdyby zastanowili się, jak to jest być mną, to do jakiego wniosku by doszli? Czy miałoby to cokolwiek wspólnego z rzeczywistością?

Nie mam pojęcia. Możesz mi powiedzieć, jeśli chcesz. Bo chociaż trochę obawiam się odpowiedzi, ciekawość jest silniejsza 🙂

lustro 3

Opublikowano (nie)ogarniam! | Otagowano , , , , , , , , , , , | 8 komentarzy